10 powodów, dla których lubię kino indyjskie.

Nie Bollywood. Kino indyjskie.

Tak właśnie.

Bo Indie są długie i szerokie (wszak to cały kontynent), a kto zerknął na Wikipedę ten wie, że boliłudy to potoczna nazwa filmów wywodzących się z wytwórni w Mumbaju, reprezentujących tak zwany mainstream, produkujący tytuły znane na całym świecie. W tym pięknym kraju natomiast mamy różne inne -woody, będące potocznymi nazwami filmów produkowanych chociażby w stanie Tamil Nadu (w języku tamilskim, tzw. Kollywood) czy też wywodzący się z zachodniego Bengalu Tollywood (w języku telugu).

Nawet jeśli po zerknięciu na tytuł wpisu na Twojej twarzy pojawił się sardoniczny uśmiech, mimo wszystko zachęcam do dalszego czytania. Chyba, że te kilkanaście minut życia będzie dla Ciebie zbyt dużą stratą, wtedy odpuść – ja się nie obrażę. Nie ukrywam jednak, że z chęcią wejdę w ciekawą, merytoryczną dyskusję z każdym zainteresowanym ;-).

„Serio? Jak mogą ci się podobać te brokaty i wycie do księżyca?!”

Zadziwię Was teraz – to nie jest tak, że absolutnie we wszystkich filmach tańczą, całują się ‚na niby’, miziają się na łące, a w przerwie serwują nieśmieszne dowcipy. Owszem, kino indyjskie – i tu znowu powtórzę, są spore różnice między filmami z Północy i tymi z Południa – prezentuje pewną specyficzną estetykę, przez której pryzmat postrzega je większość widzów i za którą gro osób tegoż kina po prostu nie trawi. Nie oceniam, nie nawracam, nie to jest moją misją. Zawsze jednak zachęcam do sprawdzenia, nawet z czystej ciekawości, ile kino rodem z Indii ma do zaoferowania pod względem różnorodności gatunków filmowych (!), muzyki, gry aktorskiej, nierzadko tak odmiennych od wszystkiego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Te „typowe” boliłudy zaś (nazwane nawet po słynnej przyprawie masalą, czyli zlepkiem wielu gatunków) mają swój unikalny urok, za który można je… pokochać. Serio, serio! To tak samo jak z musicalami, do jednych trafiają, inni zgrzytają zębami na samą myśl o Johnie Travolcie w lateksach albo – najgorzej – Upiorze w Operze czy innych Kotach. Wydaje mi się, że ta pierwsza grupa ma większe szanse polubić kino indyjskie, ale od każdej reguły znajdą się wyjątki, a że jest z czego wybierać, filmów na pewno nie zabraknie. Uwierzcie mi na słowo: przerobiłam mnóstwo typowych rom-comów, obyczajówek, filmów historycznych, akcyjniaków w stylu Szybkich i Wściekłych, wzorowanych na amerykańskich heist movies, wpadły też filmy gangsterskie, sci-fi, kryminał, głupawe komedie, tak wiele różnych tytułów, że nie zgadzam się na szufladkowanie i wrzucanie wszystkich produkcji rodem z Indii do jednego worka. Nie wspominając już o wszechpanującym nam obecnie Netflixie i jego coraz bogatszej ofercie, owocem współpracy z największymi indyjskimi firmami producenckimi (należącymi m.in. do King Khana, czy Anushki Sharmy). Na znanej platformie, oprócz filmów z mniej lub bardziej znanymi i lubianymi aktorami, znajdziecie godne uwagi seriale jak Ghoul (uwaga, horror!), czy oparty na faktach, chwytający za gardło Delhi Crime. Wydaje się więc, że Indie wychodzą nie tylko poza granice Azji, ale też i utarte schematy czy sztywne ramy, w które wielcy znawcy kina usilnie starają się je wcisnąć.

No dobrze, ale do rzeczy : za co kocham ten cały Bollywood?

1. Za tańce i śpiewy

Wychowana na filmach animowanych ze stajni Disneya, największych hitach z lat 90, Thrillerze Jacksona, Britney i Spice Girls, a potem przebojach Ich Troje (nie wierzę, że się do tego publicznie przyznaję!), taniec i słabość do kiczu mam chyba po prostu we krwi ;-). A tak na poważnie, od dziecka uwielbiam oglądać sceny taneczne, sama zresztą próbowałam dość długo się w tańcu spełniać i niezmiennie w zachwyt wprawiają mnie umiejętności uzdolnionych tancerzy – niezależnie od tego, jaki rodzaj, czy gatunek tańca prezentują. Zawsze z przyjemnością obejrzę dobre show, okraszone wpadającą w ucho muzyką, feerią barw i zręczną grą świateł. Szczerą, dziecięcą wręcz radość sprawia mi wyobrażanie sobie, że ja też tak potrafię i jeszcze parę lat temu uczyłam się co fajniejszych choreografii w domowym zaciszu… Tak po prostu, ot – dla frajdy. Wyznam Wam coś teraz, momentami mi już blisko do Tego Pana:

A tak poważnie, muzyka w filmach hindi jest chyba jeszcze bardziej różnorodna niż sama kinematografia i czerpie z praktycznie wszystkich gatunków i trendów, przy czym najbardziej zachwyca oczywiście muzyka klasyczna, z użyciem tradycyjnych instrumentów (szczególnie w filmach historyczno-wojennych, gdzie tzw. background score często wgniata w fotel). Gdy do tego dochodzi jeszcze klasyczny taniec, jak kathak czy bharatanatyam to już czysta orgia dla oka i ucha. Hindusi mają wrodzony talent do tworzenia naprawdę chwytliwych utworów, czy to „klasycznych”, romantycznych szlagierów czy zapraszających na parkiet hiciorów – osobiście mało co jest w stanie mnie poderwać do tańca, ale bolly songs zawsze się to udaje! Aha, jako lingwistka nie mogę też nie wspomnieć o języku, a właściwie językach: hindi, tamilskim, telugu – przepięknych, magicznych, tak odmiennych od naszego, że zawsze brzmią dla mnie jak wyjęte wprost ze starożytnej księgi zaklęć.

Jeszcze a propos samego tańca – wbrew pozorom, choreografie często stoją na bardzo wysokim poziomie, a wśród aktorów znajdziemy naprawdę wielu wybitnych tancerzy. Serdecznie polecam ten wpis, którego autorka bardzo trafnie wytypowała top tancerzy, jak chociażby Hrithik Roshan (facet z gumy!) czy Prabhudeva. Wsród Pań natomiast moją królową zawsze będzie Madhuri Dixit, niedościgniona w tańcu klasycznym, pełna wdzięku, gracji i czystego piękna. Bo indyjskie tańce to nie tylko Tunak, albo to.

2. Za kolory

Mam tu na myśli nie tylko pięknie skomponowane pod względem kolorystyki kadry, czy też odpowiednie budowanie klimatu z użyciem kolorów. Oczywiście, pod tym względem kino indyjskie nie ustępuje Hollywood – a nawet powiedziałabym, że Bollywood does it better – natomiast wykorzystanie symboliki barw w filmach prosto z Indii to już mistrzostwo świata. Cynober zdobiący przedziałek mężatek, białe szaty wdów i żałobników, niebieski jako kolor symbolizujący boskość, feeria barw zdobiących sari pięknych aktorek… To wszystko, dopracowane w najmniejszych szczegółach i nierzadko ściśle powiązane z fabułą, przykuwa wzrok i hipnotyzuje. Nie wiem jak Wy, ale ja nie potrafię przejść obok takich cudeniek obojętnie i choć na chwilę nie pofolgować mojej duszy estetki. W filmach bardzo często zobaczymy również celebrację wspaniałego święta Holi, czyli święta… kolorów właśnie! Jeśli kiedykolwiek natknęliście się na zdjęcia odzianych na biało ludzi rzucających się nawzajem barwnymi proszkami, to najprawdopodobniej byli to radośnie witający nadejście wiosny Hindusi.

3. Za emocje

Jednego wzruszają gify z kotami na fejsie, drugiego Titanic, a trzeciego nie ruszy nic – no, może powieka lekko drgnie, gdy umiera Mufasa. W moim przypadku stosunkowo nietrudno o łezkę w kąciku oka, choć na co dzień raczej za płaczkę nie uchodzę. Do głębi natomiast poruszają mnie nie łzy widziane na ekranie, ale proste w przekazie komunikaty. Ciężko to opisać, ale gdy wyczuwam emocje targające bohaterami wydzierające z ekranu, sama czuję ścisk gdzieś w żołądku i gulę w gardle. Ośmielę się stwierdzić, że indyjscy scenarzyści i aktorzy opanowali sztukę chwytania za serce do perfekcji, czy to w scenach tragicznych (pokazujących tragedię ma się rozumieć, nie źle odegranych – to najwyżej bawi ;-)), czy ukazując burzliwe relacje międzyludzkie lub konflikty rodzinne, czy też gloryfikując pozornie zwyczajne życiowe wartości. Ba, często łapię się na tym, że wzruszają mnie sceny, które w normalnych filmach uznałabym za wyżyny kiczu. Jak to działa pozostaje dla mnie nierozwiązaną zagadką. Warto w tym miejscu wspomnieć też o specyficznym gatunku, jakim są filmy sportowe. Nie jestem może jakaś szaloną fanką takowych, ale uwielbiam historie o ludziach wielkich, jakimi są często sportowcy i przyznać muszę, że praktycznie wszystkie filmy made in India jakie widziałam poruszające tę tematykę trzymały mnie w napięciu i wzbudzały niemałą ekscytację. Nawet jeśli z góry znałam wynik meczu/zakończenie historii.

4. Za pięknych ludzi

De gustibus non disputandum est, ja wiem. Tylko, kurczę, powiedzcie mi, że taka Aishwarya Rai nie jest po prostu bezczelnie piękna? To samo tyczy się zresztą większości Hindusek, które w moich oczach są najpiękniejszymi kobietami świata. Co do facetów, wiadomo, nie przystają zbytnio do europejskich standardów, ale niejedną uwiodą ciemne oczy i muskularne  męskie ciała. I nie, to nie jest tak, że w każdym filmie gra Shah Rukh Khan, więc na pewno znajdzie się coś więcej dla oka ;-). Tytuł tego podpunktu właściwie wyczerpuje temat, bo przecież nie zasypię Was listą nazwisk, ale może kilka zdjęć na zachętę nie zaszkodzi:

5. Za seks bez seksu

No cóż, ja z tych co wolą niedopowiedzenia i subtelną erotykę niż RedTube i cenię sobie umiejętne stymulowanie wyobraźni. Dlatego też wszystkim, którzy nabijają się braku całowania w filmach hindi (swoja drogą, to już dawno i nieprawda, młodsze pokolenie się nam mocno rozbestwiło) pokazuję ten teledysk i pytam: serio? Panie, toć tu ekran aż bucha i paruje, a ja z zawstydzenia oczy poduszką zakrywam (i kolorki, znowu te kolorki)! Wet sari zawsze robi robotę.

Ta sama para kilkanaście lat później, a chemia wciąż ta sama!

6. Za umiłowanie kultury, historii i mitologii

Ciężko znaleźć tytuł, w którym nie byłoby odniesień do Ramayany i Mahabharaty (oba to klasyczne hinduistyczne poematy), kluczowych momentów w historii Indii (prym wiedzie oczywiście odzyskanie niepodległości i podział na Indie i Pakistan w 1947), brytyjskiego kolonializmu czy też życia wielkich władców. Szczególnie produkcje historyczne w wykonaniu Hindusów charakteryzują się wielkim rozmachem, przepychem widocznym zarówno w scenografii jak i kostiumach, i godnym podziwu patriotyzmem. Zwyczajnie nie da się nie zauważyć miłości twórców do tego pięknego kraju, jego burzliwej historii i bogatej kultury, co tylko dodaje magii każdemu seansowi. Moim  ulubionym twórcą epickich, jakby to ujęła dzisiejsza młodzież, dzieł jest Sanjay Leela Bhansali, który garściami czerpie z klasycznej literatury (nie tylko indyjskiej, ale też np. Szekspira i Dostojewskiego, patrz: Devdas, Ram Leela, Sawaariya), inspiruje się wybitnymi wojownikami i burzliwymi historiami miłosnymi indyjskich władców (patrz: Bajirao Mastani, Padmaavat). Każdy jego film to małe dzieło sztuki, oprawione cudowną muzyką, którą reżyser zresztą sam tworzy (!).

7. Za radość życia i terapeutyczne właściwości

Jest coś takiego w tych uśmiechniętych twarzach, co sprawia, że naprawdę pragnę wierzyć w to, że życie jest piękne. Nawet jeśli mam gorszy dzień, te lżejsze produkcje, typowe feel-good movies naprawdę pozwalają zapomnieć o problemach na te 2-3 godziny, oderwać się o rzeczywistości i podziwiać nieposkromioną radość życia Hindusów – zwłaszcza, gdy pomyśli się o rzeczywistości i ludziach, którzy mimo fatalnych warunków życia, biedy, chorób, zamiast narzekać na swój los witają każdy dzień z iskierką w oku i żyją nadzieją na lepsza jutro. Myślę sobie wtedy, że naprawdę nie mam na co narzekać a seans filmowy nierzadko skłania mnie do refleksji nad tym, co mogłabym w swoim życiu poprawić, aby stać się lepszym człowiekiem.

W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o tym, że na Bollywood trafiłam we wczesnej fazie mojej choroby i te egzotyczne, kolorowe i radosne filmy naprawdę pomogły mi wyjść z głębokiej depresji. Nie wspominając o tym, że kobitki w nich występujące wydawały mi się takie normalne . Przepiękne, fakt, ale zupełnie odmienne od smutnych, wychudzonych amerykańskich aktorek, co niewątpliwie pomogło mi choć trochę uwierzyć, że przeciętna sylwetka jest jak najbardziej ok i nie równa się wyrokowi umierania w samotności, ewentualnie z kotami 😉. Nade wszystko zaś kocham niesamowity dystans do siebie w wykonaniu Hindusów, którzy co i rusz nawiązują w nowszych produkcjach do starszych filmów, słynnych scen, cytatów z ogromną dozą humoru, nierzadko podśmiewając się ze specyficznej estetyki kina hindi, puszczając oczko do widza i pytając go: why so serious?

8.  Za sposób, w jaki przedstawiają miłość – po prostu, po ludzku, bez wstydu

Wydawałoby się, że romans w kinie  to temat wyeksploatowany do cna i niemożliwością jest zaproponować coś nowego, czego nie widzieliśmy wcześniej co najmniej 10 razy. I ja się z tym zgodzę, bo przecież nawet we wspaniałym Hollywood serwują nam odgrzewane kotlety – umówmy się, ile też można wymyślać przeciwności losu stojących na drodze tragicznych kochanków, albo w drugą stronę, jakie jeszcze drogi mogą prowadzić do „i żyli długo i szczęśliwie”? To wszystko już było i w dzisiejszych czasach zachwycić może przedstawienie ogranych motywów w nieszablonowy, „świeży” sposób (coś jak trend na vintage w modzie?). Filmom indyjskim bardzo często się to udaje, przy czym ich cechą wyróżniającą pozostaje brak nachalnej wulgarności. Nawet jeśli we współczesnych produkcjach nie ucieka się już  za wszelką cenę od scen intymnych, daleko im jeszcze do bardzo śmiałego momentami epatowania seksem w bliższym nam produkcjach, a filmy hindi wciąż pozostają mniej fizyczne, a bardziej emocjonalne. I to właśnie te emocje (patrz wyżej: punkt 3) sprawiają, że potrafię oglądać po raz enty losy par, którym nie dane jest być razem przez waśnie rodzinne, czy też losy młodych kochanków przeżywających pierwszą, szczenięcą miłość. Te drugie okraszone są zazwyczaj mnóstwem uroku, z drugiej strony zaś miłość między starszymi bohaterami zawsze wydaje mi się taka dojrzała i… prawdziwa. Można się rozmarzyć, oj można!

Osobiście bardzo lubię oglądać na ekranie motyw obsesyjnej miłości prowadzącej do destrukcji – również i w tej dziedzinie indyjskie kino dostarczyło mi kilku perełek, w tym old-schoolowych, totalnie pojechanych prawie-że-thrillerów (Darr z lat 90!) oraz poruszających dramatów. Mistrzem w tej dziedzinie pozostaje dla mnie Mani Ratnam i jego Dil Se, które czerpie z sufickiej filozofii siedmiu faz miłości, prowadzącej do śmierci. Poniższy klip to moim skromnym zdaniem mistrzostwo świata (niestety YouTube nie dysponuje wersją z napisami, ale tekst piosenki po angielsku znajdziecie tutaj):

9. Za niewyczerpane źródło czystej rozrywki

Po to człowiek stworzył kino, żeby dostarczało nam rozrywki, prawda? Nie znaczy to oczywiście, że filmy nie mogą przekazywać wartości i skłaniać do refleksji. Osobiście po film sięgam również szukając czegoś więcej, najczęściej jednak cel przyświeca mi jeden: miło spędzić czas. W kinie indyjskim znajduję i jedno, i drugie – bo, jak już wspomniałam, jest z czego wybierać.

10. Bo ogląda je nawet Elon Musk

… i promuje na swoim Twitterze! Chyba nie muszę w tym miejscu nic dodawać?

„Ok, powiedzmy, że mnie zachęciłaś…. Od czego zacząć”?

Ah, z rozrzewnieniem wspominam czasy pierwszej dekady XXI wieku, kiedy to w Polsce zaczął się boom na kino indyjskie za sprawą filmu Czasem Słońce Czasem Deszcz (Kabhi Khushi, Kabhi Gham), i płyty dvd z kolejnymi tytułami można było kupić w kiosku jako dodatek do kobiecych pisemek! Zdarzały się też transmisje w telewizji, a wyżej wspomniany, kultowy już tytuł można było kilka lat z rzędu oglądać 1 stycznia, w ramach leczenia po-sylwestrowego kaca, na Polsacie. O dziwo, mimo rosnącej popularności tego kina na świecie, w Polsce moda na Bollywood skończyła się równie spektakularnie, jak zaczęła – ku uciesze wielu – i teraz nie tak łatwo z dostępnością filmów hindi w naszym pięknym kraju. Po to jednak mamy internet, gdzie wciąż znajdziemy dobre – ekhm, mniej lub bardziej legalne – źródła, skupmy się jednak na tych drugich. Oczywistym wyborem będzie Netflix, który prawie każdy dzisiaj subskrybuje. Jak się okazuje, można tam znaleźć kilka godnych uwagi tytułów, wyszukując po słowach kluczach: Bollywood lub Indian movies

Z dostępnych tam filmów polecam:  Lagaan, Raees, Jab We Met (Kiedy Ją Spotkałem), Queen, Dear Zindagi (tu nie tańczą!), Taare Zameen Par, Udta Punjab, Bombay Talkies, Lust Stories, Dangal a co sprytniejszym, którzy tak jak ja korzystają z VPN, polecam przejrzeć katalogi US, US, Australi, nawet Włoch, Hiszpanii i oczywiście Indii. Będziecie zdumieni, jak bardzo różni się biblioteka Netflixa w zależności od kraju 😉 Ta opcja jest oczywiście zarezerwowana dla osób, które swobodnie czują się oglądając filmy z angielskimi napisami, a z zagranicznej bazy polecam zdecydowanie: Dil Se, Swades, Wake up Sid, PK, Tamasha, Mary Kom, Jodhaa Akbar, Life in a Metro, Haider (hindi wersja Hamleta), Rang De Basanti, Jaane Tu.. Ya Jaane Na.

Zupełnie początkującym jednak polecam zacząć od tych najbardziej znanych i lubianych, sztandarowych wręcz filmów, takich jak: Żona dla zuchwałych (Dilwale Dulhania Le Jayenge), Kuch Kuch Hota Hai, Salaam Namaste, Gdyby jutra nie było (Kal Ho Na Hoo), Jestem przy Tobie (Main Hoon Na), Devdas, Veer Zaara, Bunty aur Babli, Om Shanti Om, Don i Don 2, Rebeliant, z nowszych My Name is Khan, Bajirao Mastani, Padmavaat, Karthik Calling Karthik, Zindagi Na Milegi Dobara, Dil Dhadakne Do, Baahubali, 3 Idiots… a z totalnych staroci zdecydowanie Sholay! Oj dużo by wymieniać, ale tyle na początek wystarczy. Gdzie je obejrzeć? To już pozostawiam Waszej inwencji twórczej i po inspirację ponownie zapraszam na bloga Asi, który odkryłam przypadkiem, tworząc ten wpis – bardzo dobre źródło wielu cennych informacji!

To co, everybody say shava shava?