Ja i anoreksja – krótka historia romansu.

Dziś jest jeden z tych dni, gdy przez łzy spoglądam na swoje (żałosne, niegodne, beznadziejne) odbicie w lustrze marząc o tym, by cofnąć się do dnia, gdy po raz pierwszy uwierzyłam, że odchudzanie jest kluczem do mojego sukcesu życiowego.

Żadne inne słowa nie wyrządziły mi nigdy większej krzywdy niż ten jeden, tak negatywnie nacechowany – żeby nie powiedzieć, obraźliwy – epitet, określający całe moje przeszłe i przyszłe jestestwo: gruba.

(…)

Przyznaję, nie lubię popadać w banały, ale nic nie poradzę na to, że historia mojej choroby jest aż do bólu typowa. Od podstawówki wszystko pięknie, idealne oceny, świadectwa z czerwonym paskiem bez konieczności spędzania długich godzin w książkach, acz w żadnym wypadku nie jeden z tych przypadków „zdolna ale leniwa”. Najstarsza z rodzeństwa i od małego najbardziej ogarnięta, od której też najwięcej się wymagało – jeśli piątka z klasówki, to dobrze, ale dlaczego nie szóstka? Wizerunek idealnej córeczki od zawsze psuł tylko jeden aspekt, wypływający na każdym bilansie szkolnym. BMI było dalekie od ideału, nie przystawało do ogólnie przyjętych siatek centylowych, więc rodzice zewsząd dostawali sygnały, że coś jest nie tak, no po prostu za dużo tego tłuszczyku milordzie, mniej żreć i ruszać się, na Boga!

Kiedy chcą Cię zmieniać na siłę…

w końcu nadchodzi moment buntu. Z początku, mimo miłości do jedzenia, bardzo mocno brałam do siebie wszystkie kąśliwe uwagi i gdzieś pod koniec podstawówki postanowiłam wreszcie pokazać wszystkim, że potrafię schudnąć. Dla zdrowia, oczywiście. Gdyby wtedy ktoś powiedział mi, że to, co rozpoczęło się jako zwykłe „wzięcie się za siebie” z troski przekształci się w wieloletni, destrukcyjny romans z tą, o której czytałam jedynie od czasu do czasu na wszechobecnych już wtedy forach pro-ana, zaśmiałabym mu się twarz. Ja miałabym zostać anorektyczką? Nie widzicie, jak wyglądam? Nie widzicie, jak bardzo jestem ambitna, kumata, jak potrafię wszystko kontrolować i z jaką łatwością osiągam każdy cel jaki sobie postawie? Paradoksalnie to, co miało mnie przed chorobą uchować, jedynie popchnęło mnie jeszcze bardziej w jej ramiona i nie pozwala się wyrwać z tych objęć aż do dziś.

Tak sobie myślę, że w tej chorobie należy raz na zawsze wymazać znak równości stawiany pomiędzy wyglądem chudością a, nazwijmy to, stanem psychiczno-emocjonalnym. Cytując moją terapeutkę, nie bez powodu anoreksja to choroba duszy i ciała, w tej kolejności. Mogę śmiało powiedzieć, że jestem potwierdzeniem tych słów – ileż to razy słyszałam, że wtedy, pamiętasz, już było tak dobrze, już byłaś zdrowa, tak dobrze wyglądałaś! Na nic zdają się tłumaczenia, że począwszy od 12 roku życia w mojej głowie toczyło się – i dalej toczy – piekło. Że odkąd po raz pierwszy przeszłam na dietę nigdy nie miałam choćby krótkiego okresu, kiedy jadłam normalnie (cokolwiek to w dzisiejszych czasach znaczy). Że w każdej wadze i rozmiarze nienawidzę siebie i nie mogę patrzeć na swoje nogi. Że z bólem serca uświadomiłam sobie już wtedy, że prawdopodobnie nigdy nie zaakceptuję swojego ciała, ba, całej Patrycji w ogóle. Zresztą, dlaczego miałabym zaakceptować coś, co przez ojca określane było jako gruby, niegodny miłości, leniwy (!), brzydszy od wszystkich koleżanek  potwór, który nic w życiu nie osiągnie przez to tłuste cielsko. Grube świnie nie wpisują się przecież w obraz ludzi sukcesu. Szkoda, że nie potrafiłam wtedy dostrzec, że obelgi te padają z ust totalnego zera, człowieka, który przegrał własne życie i pewnie nawet nie rozumiał, jak bardzo mnie krzywdzi i jaki efekt wywołają te wszystkie okropne słowa…

Co nie oznacza, że się kiedykolwiek poddam, o nie, to nie leży w mojej naturze! Jeśli jest coś, czego mogę być pewna to walka, którą poprzysięgłam sobie toczyć aż do grobu.

Kilogramy, kalorie i inne katorgi…

Jeśli zastanawiacie się, jak to się u mnie zmieniało z wagą i jedzeniem, zdecydowanie nie była to nigdy równia pochyła, ale fala sinusoidalna i to bardzo wzburzona. Mocno zastanawiałam się, czy post opatrzyć zdjęciami, głównie dlatego, że mierzi mnie internetowy ekshibicjonizm, ale z drugiej strony nie raz już wrzucałam różne Insta-focie, więc byłaby to hipokryzja z mojej strony. Co chcę ukazać natomiast to jak bardzo skrzywione jest postrzeganie własnego ciała przez osoby z zaburzeniami odżywiania – wydaje mi się, że ten aspekt najciężej jest zrozumieć osobom z zewnątrz, które nigdy nie miały osobiście do czynienia z jakąkolwiek formą ED. Nie mam zbyt wielu zdjęć z okresu gimnazjum, liceum i początku studiów, nie do końca też już pamiętam szczegóły co, jak i kiedy, ale jestem w stanie po krótce opisać najważniejsze fazy mojej choroby. Skojarzyły mi się one z suficką filozofią siedmiu faz miłości, występującą też często w literaturze arabskiej (ja zetknęłam się z nią po raz pierwszy w filmie Dil Se i tym teledysku, ukazującym obsesyjną miłość, która prowadzi do destrukcji), postanowiłam więc w ten sposób podzielić moją historię romansu z Anoreksją:

Faza IDilkashi (attraction – pociąg)

Najprawdopodobniej gdzieś w okolicach 2014 byłam już w miarę szczupłą nastolatką, która dietą i sportem zrzuciła ten nieszczęsny, krytykowany przez wszystkich bagaż. Wzrostu dobijałam wtedy może ze 165cm a waga kręciła się w okolicach 50-55 kg i to chyba częściej tej dolnej. Niestety, już wtedy coś mi się stało w głowę i sama stworzyłam swojego naczelnego wroga, czyli nogi. Nienawiść do tej bogu ducha winnej części ciała nakręcało porównywanie się dosłownie do każdej kobiety, czy to aktorki, modelki albo innej celebrytki, czy też koleżanek z podwórka – w każdej widziałam skończoną piękność  długonogą i szczupłą, coraz bardziej pogrążając się w kompleksach. Wtedy chyba jeszcze miałam złudną nadzieję, że anatomię można przeskoczyć i im mniej będę jeść, tym większa szansa, że jakimś magicznym sposobem obudzę się na drugi dzień z nogami Naomi Campbell. Po drodze przyplątały się jeszcze kamienie w woreczku żółciowym, których trzeba było się pozbyć operacyjnie i świetny żarcik pana doktora, który sprawdzając moją wagę, żeby dobrać dawkę narkozy skomentował, chuj za przeproszeniem jeden wie po co, że 55kg to całkiem porządna kobitka. Kolejny kamyczek dołożyła konieczność ścisłej diety po operacji, co tylko spotęgowało moje zafiksowanie. Ile bym już nie schudła, wciąż było mi mało, kilogramów za dużo, kompleksów zawsze tylko więcej.

Faza II – Uns (infatuation – zadurzenie)

Początkowo trzymałam się rozpiski diety po wycięciu woreczka (teraz też z żalem stwierdzam, że dołożyła ona dość mocno do moich obecnych problemów hormonalnych, bo żeby tak dorastającej dziewczynie całkowicie wykluczyć z diety tłuszcze?), ale coś za dużo było dalej tego jedzenia. Ciach, ciach, ciach. Jedziemy z tym koksem koleżanko, bo zaraz znowu się roztyjesz! Im mniej, tym lepiej, pamiętaj! Niestety, tak właśnie wyglądało moje odchudzanie w tamtym czasie, garść Cheeriosów, jabłko i obkrojone brzegi od bułki plus musujące tabletki witaminowe. Do tego przymusowe spacery, jakieś dziwne wygibasy na dywanie i bezsensowne cardio. Miesiączka dość szybko się obraziła i poszła w las, waga spadła chyba do jakichś 44kg. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że tragedii nie było, wiele dziewczyn w moim wieku i wzroście wtedy było nawet i chudszych – problem w tym, że ja nigdy nie byłam drobinką. I nie jadłam. Nie widziałam też jednak problemu i gdy przymusowo wysłano mnie na oddział zamknięty z ludźmi, którzy naprawdę mieli problemy z głową (np. grali na korytarzu w kosza ze Stalinem), przeżyłam autentyczny szok i pierwsze w życiu załamanie. Sam pobyt w szpitalu szkoda nawet opisywać, zresztą, wyszłam szybciej niż zakładał „kontrakt” (w skrócie jest to tuczenie na siłę do wagi, jaką najprzemądrzejsi lekarze uznają za stosowną) tylko i wyłącznie dzięki temu, że dusząc się od płaczu przez słuchawkę wymusiłam na mojej mamie, żeby mnie wypisała, bo nie wytrzymam. Obiecałam, naturalnie, że ja już sobie poradzę i wszystko będzie dobrze, będę jeść, nie będę już się wygłupiać mamusiu, możesz mi zaufać, tylko proszę, zabierz mnie stąd, bo ze sobą skończę.

Faza III – Ishq (love – miłość)

Z ‚normalnym’ jedzeniem miałam problem praktycznie od razu po wyjściu ze szpitala. Wystarczyło, że zobaczyłam w pełnowymiarowym lustrze w przymierzalni, co za prosiaka tam ze mnie zrobili, żeby wszystko wróciło wkrótce ze zdwojoną siłą. Pamiętam, że do czasu balu na koniec gimnazjum już słyszałam dookoła głosy, że znowu się zachudziłam, nauczycielki zamartwiały się, słysząc odpowiedź „marchewki i jabłko” na pytanie co jadłam na śniadanie. Pewnie taki był mój cel, w końcu pierwszy bal w życiu, już nie comiesięczna dyskoteka szkolna, tylko prawdziwe wydarzenie! Jaka nastolatka nie chciałaby wyglądać wystrzałowo? Oh, gdybym wtedy widziała, jaką przyjdzie mi za to zapłacić cenę i to dosłownie już chwilę później…

Coś się zadziało, coś poszło nie tak, i w złą stronę poleciało… 3 miesiące później poszłam do liceum, drżąc na samą myśl o kolejnym bilansie. Widziałam w lustrze, że coś jest jakby inaczej, od jakiegoś czasu nie słyszałam też powtarzanych wcześniej do znudzenia uwag z cyklu „przytyj szkielecie, bo straszysz”. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo wszystko się zmieniło, dopóki nie zmuszono mnie do wejścia na wagę. Pokazała 68kg, przy moim obecnym wzroście czyli jakieś 167cm. Nie, nie zaczęłam przez te 3 miesiące objadać się na potęgę i leżeć na kanapie od rana do nocy. Tak, przytyłam w tym czasie ponad 20kg. Napuchła mi twarz, brzuch, cała stałam się napompowanym balonem, który dalej obsesyjnie liczył każdą kalorię, żeby tylko… nie przytyć. A efekt był taki:

Nie pomogły słowa pani pielęgniarki, która skomentowała mój wybuch płaczu podczas bilansu słowami „było nie żreć tyle, to by teraz nie było fałd, płacz nic tu nie da”. Pani nie chciała też uwierzyć w bajeczki o anoreksji, bo przecież ostatnią wagę w karcie ma wpisaną 52kg z bilansu w podstawówce… Co tu dużo mówić, nawet teraz ciężko mi opisać, jak w tamtym okresie się czułam po tak mocnym jebnięciu obuchem w głowę, pozostawię to więc Waszej wyobraźni. Co się takiego stało, że nie zwiększając w sumie kaloryczności ani nie zmieniając sposobu jedzenia, dalej kręcąc się w kółko i nie odpuszczając ani na chwilę tak bardzo przytyłam? Nie mam pojęcia, podejrzewam, że wtedy zaczęły się problemy z tarczycą i w konsekwencji całym układem hormonalnym w ogóle. W tamtych czasach niestety o tarczycy nie mówiło się tyle co teraz i nikt nie pomyślał, żeby zacząć mnie diagnozować w tym kierunku. Poczucie winy, że tak bardzo oddaliłam się od Niej, że ją porzuciłam popchnęło mnie z powrotem w ramiona choroby, tym razem jednak postanowiłam być nieco mądrzejsza. Wyedukowałam się w temacie zdrowego odżywiania, fitnessów, metabolizmu, itepe, itede. Przemogłam się, aby jeść trochę więcej i mądrzej i zmienić nieco sposób ćwiczeń. Cokolwiek zaczęło ruszać się jednak dopiero na studiach, a w międzyczasie (czyli przez cały okres liceum, który powinien być idylliczną sielanką wczesnej młodości) pogrążałam się coraz bardziej w depresji. Nawet na studniówkę nie poszłam, bo przecież wstyd ludzi.

Faza IV – Akidat (trust/reverence – zaufanie/cześć)

Rozpoczęcie studiów wiązało się z kolejnym ogromnym stresem, poznawaniem nowych ludzi, obsesyjnym zastanawianiem się co oni o mnie pomyślą, taki okropny, zapuszczony grubas. Z drugiej strony miałam „czyste konto” i nikomu nie musiałam się przyznawać do jakichkolwiek problemów z jedzeniem (wyszło oczywiście inaczej, ale przynajmniej dzięki temu zaprzyjaźniłam się ze wspaniałą osoba, która mam nadzieję czyta te wypociny!) – zresztą, przecież zdrowo wyglądałam, aż za bardzo, nikt by nie pomyślał, że coś jest nie tak. A mnie wciąż było mało, a raczej za dużo. Niby dorosła, a wciąż głupio porównywałam się z nowymi koleżankami. Nie moja wina, że wszystkie były, kurczę, szczupłe, zgrabne, w dodatku w większości ładne, a ja dalej czułam się jak słoń w składzie porcelany. Wciąż czułam potrzebę odchudzania się, nie akceptując ani centymetra mojego ciała. Tęskniłam za anoreksją, chciałam sama sobie udowodnić, że nadal potrafię zagryźć zęby, narzucić sobie reżim i być dokładnie taka, jaka chcę. Wynik? Waga cały czas wahała się gdzieś w okolicach pomiędzy 55-60kg (tak mi się przynajmniej wydaje) a ja mimo wszystko byłam przekonana, że im mniej będę jeść, tym lepiej.

Przyznaję, że w okresie studiów licencjackich przez chwilę udało mi się choć trochę podreperować poczucie własnej wartości i zaznać tych kilku bezcennych szczęśliwych i beztroskich chwil, dzięki decyzji o wyjeździe na wymianę studencką Erasmus do Hiszpanii. Oczywiście, to nie tak, że nagle zaczęłam uważać się za seksbombę i porzuciłam wszelkie kompleksy – co to, to nie, ale pamiętam, że czasami udawało mi się przynajmniej nie myśleć o tym, jaka jestem beznadziejna, poddając się ogólnej atmosferze wyjebania i przez chwilę żyjąc pura vida. Co więcej, ja, która przez całe życie uważała się za absolutnie niegodną uwagi ze strony płci przeciwnej i mocno wierzyła w to, że umrze w samotności jako żelazna dziewica zjedzona przez koty, doświadczyłam w Hiszpanii po raz pierwszy jakichkolwiek kontaktów damsko męskich wychodzących poza tzw. wolne tańce na dyskotece szkolnej – czego absolutnie nie żałuję i wiele bym dała, żeby teraz choć przez chwilę poczuć tę wolność i namiastkę luzu psychicznego, jaki wtedy otrzymałam w prezencie od losu. Niestety, jak już wspomniałam, niezależnie od wagi (a na Erasmusie też była raz bliżej 50, po jego zakończeniu już może i nawet ponad 60kg) i tego, że rodzina się zachwycała jak na zdjęciach pięknie wyglądam, dalej uparcie chciałam dążyć do chudości, dalej rozwalałam sobie metabolizm tragicznym odżywianiem i jakimiś bezsensownymi epizodami próby powrotu do regularnych ćwiczeń. Suma summarum, udało mi się tym nie przejmować jedynie do czasu – no bo powrót do Polski i odwrotny szok kulturowy, tęsknota za ciepłą Hiszpanią, stres związany z pisaniem licencjatu… Tyle okazji do dowalania sobie, głupi by nie skorzystał. Krótki epizod podróży do Australii za erasmusową „miłością” (szczegóły lepiej pominąć milczeniem) i znowu syndrom porzucenia. Co ciekawe, w maju 2012 roku zmarł mój ojciec, osoba bezpośrednio odpowiedzialna za moją chorobę. Myślałam wtedy, że wraz z pożegnaniem Go będę potrafiła pożegnać również Ją. Niestety, rzeczywistość znowu okazała się brutalna i los pokierował mną w zupełnie przeciwnym kierunku…

Poniżej zdjęcia z okresu Erasmusa:

Faza V – Ibadat (worship – uwielbienie)

Poniższe zdjęcia pokazują mnie w wadze ok. 49-50 kg podczas wakacji we Włoszech w 2012 roku. Już wtedy słyszałam, że znowu za bardzo wychudłam, jednak ja zarówno dzisiaj, jak i wtedy widzę jedynie grube nogi, nieproporcjonalne, brzydkie ciało, jednym słowem, chodzącą masakrę. I mimo, że obiektywnie stwierdzam teraz, że chociaż „z buzi” wyglądałam całkiem spoko i dałabym się pokroić, żeby znowu mieć takie ładne włosy, panicznie boję się powrotu nawet do tego rozmiaru (czy raczej wagi, bo rozmiar chyba ten sam co obecnie):

Można więc śmiało stwierdzić, że to był kolejny przełomowy moment – uwagi, że znów wystają mi kości na dekolcie jedynie podkręcały chorą ambicję i chęć chudnięcia więcej i więcej. Ile? Smutna prawda jest taka, że nigdy w życiu nie przyjęłam żadnego minimalnego progu, do którego mogłabym zejść w nadziei, że nie będzie to zbyt mało, ale na tyle, żebym się ze sobą czuła dobrze. Jeszcze smutniejsza prawda jest taka, że w żadnej wadze nigdy nie czułam się i wciąż nie czuję dobrze. Pogodzona ze sobą. Na pierwszym roku studiów magisterskich ważyłam już może ok.47kg, lekarze znów zaczęli używać terminu anoreksja w odniesieniu do mojego stanu zdrowia. Przestałam wtedy już na dobre miesiączkować, a jakiś rok-dwa później zaczęłam leczyć tarczycę, obwiniając ją za wszystkie moje problemy, gdy wreszcie wyszło na to, że dorobiłam się niedoczynności. Na pierwszym roku poznałam też mojego obecnego partnera i nadal, po tylu latach bycia razem dalej nie mogę uwierzyć, że ktoś mnie może kochać. Tak po prostu, bezwarunkowo, w dodatku twierdząc, że moja waga czy rozmiar nic tu nie zmieni o ile będzie to na plus (na minus jest nie tylko zagrożeniem życia, ale też naszej relacji, niestety). Pod koniec studiów rozpoczęłam też pierwszą „poważną” pracę w korpo i wpadłam w kolejny wir chorych ambicji i nadmiernego perfekcjonizmu z dodatkowym obłożeniem stresu. Dalej sobie ćwiczyłam i jadłam „zdrowo”, hormony tarczycy trochę się uregulowały od leków i jakoś tak, niby wcale nie chcąc, zgubiłam jeszcze parę kilogramów. Mój partner dość mocno przeżywał te zmiany i cały czas mnie wspierał, podjęliśmy kilka prób terapii, w tym wspólnej, a nawet farmakologii od psychiatry, niestety bez skutku. Problem polegał na tym, że motywacja nie wychodziła ze mnie, bo ja nigdy nie chciałam Jej puścić. Wmawiałam sobie, że mi jest dobrze z tym romansem na boku, że akceptuję siebie w tak małym rozmiarze i wszystko jest fajnie, bo w gruncie rzeczy przecież czuję się całkiem ok, nie mdleję na ulicy ani nic z tych rzeczy. High-Functioning Anorexic, coś jak niektórzy sprytni alkoholicy. Potworny, obezwładniający wręcz strach przed powtórką z rozrywki – piję tu do sytuacji post-gimnazjum – blokował jakiekolwiek próby zmiany. I tak się kisiłam dalej w tym samym sosie, jak chomik wrzucony do kołowrotka, który zajedzie się, ale nie przestanie biec, ze strachu przed upadkiem.

Faza VI – Junoon (passion/madness – pasja/szaleństwo)

Jak jest teraz? Chujowo. I wcale nie stabilnie. Problemy zaczęły się w połowie zeszłego roku, kiedy to na kilka miesięcy zostałam sama (partner dostał pracę w innym mieście) i zaczęłam dosłownie wariować. Zdrowotnie nagle działy się ze mną bardzo dziwne rzeczy, popołudniami ogarniała mnie mgła mózgowa, szumy w uszach, stany na granicy omdlenia. Od lekarzy słyszałam albo, że wymyślam i to kwestia niskiego ciśnienia, albo, że to pokłosie anoreksji i muszę przytyć, nie ma bata, inaczej będzie tylko gorzej. Co się tyczy wagi, bo o tym nie wspomniałam – od momentu, gdy spadła do 40kg – chwilowy skutek ‚uboczny’ przyjmowania leków SSRI – wpadłam w euforię, poczułam, że to jest TO. Wreszcie osiągnęłam swój ideał. Wpadałam w szał, gdy wskazówka choć trochę szła w górę i nie mogłam przeboleć, że cały czas wahała się między 40 a 42kg, raz podrygując w dół, raz w górę. I w zasadzie dalej tak jest, z jedną różnicą, że od stycznia nagle napuchłam, najpierw do 42 kg, praktycznie z dnia na dzień, i w zeszłym tygodniu sytuacja się powtórzyła. Kolejne 2 kg w 2 dni. Więc ważę teraz ok.44kg i bolą mnie od tego nawet palce wystukujące tę okropną, w moim mniemaniu, liczbę na klawiaturze. Obok zdjęcie z wakacji na Malcie sprzed prawie 4 lat a poniżej z sesji zdjęciowej z zeszłego roku. Jak wyglądam w tym momencie, nawet sama nie chcę patrzeć.

zdjęcie autorstwa: https://www.instagram.com/clstudioeu/

Teoretycznie powinnam się z tego cieszyć, świętując progres. Przecież z własnej, nieprzymuszonej woli podjęłam kolejną terapię i trwam w niej dzielnie już od kilku miesięcy. Wydawało mi się już nawet, że robię postępy, że pojawia się jakiś zalążek samoakceptacji. Mimo wszystko jednak wzrost wagi motywowany był jedynie tym, że mi kazali i złudną nadzieją, że poprawi to moje samopoczucie i stan zdrowia. Mówiąc szczerze, gówno się zmieniło. Dalej czuję się fatalnie a wraz ze wzrostem wagi coraz cześciej unikam swojego odbicia w lustrze i coraz bardziej boję się na tę cholerną wagę wchodzić. Nie docierają do mnie argumenty, że to może być retencja wody, no bo przepraszam ja Was bardzo, retencja wody przez tyle czasu, w dodatku nieustannie szybująca w górę? Co chwila zaliczam wizyty u endokrynologa (w styczniu zmieniłam dotychczas prowadzącego mnie lekarza) usiłując dobrać odpowiednią dawkę leków, a efekt jest taki, że tylko coraz bardziej puchnę. Czy zaczęłam nagle dużo więcej jeść? Nie. Czy przestałam ćwiczyć? Nie? Czy w jakikolwiek sposób odpuściłam? No nie bardzo. Wyniki badań pokazują, że tarczyca kompletnie już odmówiła współpracy i wymyśliła sobie Euthyroid Sick Syndrome  co w skrócie oznacza, że metabolizm spowolnił się tak, że choćbym się za przeproszeniem zesrała, moje ciało i tak nie będzie mnie słuchać. Już nie będzie dla mnie miłe i nie będzie chudnąć, bo tak sobie wymyśliłam. W dodatku jest duża szansa, że ilekolwiek i jakichkolwiek leków bym się teraz nałykała to i tak nie przyniesie żadnego efektu.

Co zrobić w tej sytuacji? Nie mam pojęcia. Dopóki hormony kobiece się nie unormują, żadne inne nie będą współpracować. Dopóki nie zacznę normalnie jeść, ciało się nie odbuduje. A ja widzę przecież, że to ciało z dnia na dzień się zwiększa, puchnie, zbiera wodę, jak manifestuje swoje niezadowolenie permanentnym bólem brzucha, suchą skórą, matowymi włosami. Tkwimy w tej naszej love-hate relationship drżąc na myśl o jakiejkolwiek zmianie i jej potencjalnych konsekwencjach. Czego się teraz najbardziej boję? Tego, że brak zmiany pociągnie za sobą kolejne dodatkowe kilogramy, że maszyna ruszyła i nikt jej nie zatrzyma i łup! obudzę się zaraz znowu 10, 20, 30 kg cięższa. I nie będzie tak, że powiem „ok Pati, to dawaj do 50kg i wystarczy”. Przecież widzę, że nie mam już nad tym kontroli, że nie potrafię tego zatrzymać. Kontrolę nad umysłem zaś dalej trzyma Ona, stojąc z batem i karcąc mnie za wszystko to, co się teraz dzieje.

Codziennie wstaję z nadzieją, że jest to jakiś potworny koszmar, z którego zaraz się obudzę, jednak po chwili uświadamiam sobie, że to bardzo przykra rzeczywistość. Chciałabym bardzo znaleźć w sobie tę siłę, żeby wziąć odpowiedzialność za stan, do jakiego się doprowadziłam i wprowadzić faktyczne zmiany, odpuścić wreszcie, przyjąć na klatę całe to bagno w którym się taplam po to, aby kiedykolwiek się z niego wydostać. Zakończyć wreszcie ten chory romans jednym zdecydowanym  ruchem. Co innego mi pozostało? Albo to, albo…

Faza VII – Maut (death – śmierć)

(…)