„Aż do kości” produkcji Netflix. Anorektyczny punkt widzenia.

Jeszcze 2 lata temu byłam bardzo sceptycznie nastawiona do Netflixa i broniłam się rękami i nogami przed dołączeniem do społeczności jego wyznawców, aż tu nagle po ukazaniu się oficjalnej, polskiej wersji serwisu zdecydowałam się dać mu szansę. Zawsze wykręcałam się brakiem czasu na oglądanie czegokolwiek, ale dzięki takim perełkom jak choćby „Sense 8”, które przykuły moja uwagę i wyróżniają się pośród – nie ukrywajmy – wielu gównianych produkcji, nadal utrzymuję subskrypcję i czasami nawet jestem mile zaskoczona tzw. „Netflix originals”.

Jedną z tych produkcji jest „Aż do kości (To the Bone)”, oryginalna produkcja Netflix z 2017 roku z prześliczną Lilly Collins i – uwaga – Keanu Reevesem w rolach głównych. Film wylądował na mojej liście „do obejrzenia” od razu po ogłoszeniu premiery, głównie z racji na bliską memu sercu tematykę. Jako osoba wciąż zmagająca się z zaburzeniami odżywiania miałam dość mieszane uczucia i obawy przed wciśnięciem przycisku play, ale gdy już zasiadłam wygodnie na kanapie z moim partnerem podekscytowanie i czysta ciekawość wzięły górę. Przed Wami więc kilka słów na temat tego, jak ja odebrałam „Aż do kości” – zważcie tylko proszę, że moja opinia jest nieco stronnicza, z oczywistych powodów.

Co się tyczy fabuły, w pierwszych scenach filmu poznajemy młodą artystkę (a jakże by inaczej!) imieniem Ellen podczas grupowej terapii dla dziewcząt cierpiących na anoreksję. Nasza bohaterka, pozornie nazbyt pewna siebie, otwarcie obnosi się ze swoim zadziornym charakterem, który odzwierciedla się w jej mocno umalowanych na czarno oczach. Jej wygląd zewnętrzny ma zresztą wszelkie typowe cechy stereotypowej anorektyczki: wystające kości ukryte pod workowatymi ubraniami, na głowie czapka, założona jakby od niechcenia (nie ważne, czy w pomieszczeniu, czy na dworze), wielkie okulary przeciwsłoneczne – ciężko o bardziej typowy obraz Any. Nie wspomnę już o tym, że Ellen jest piękną, młodą, białą dziewczyną, gdzie dzisiejsi wszechobecni zwolennicy (nadmiernej) poprawności politycznej zapewne woleliby, aby była bardziej kolorowa. A najlepiej lesbijka. Do rzeczy jednak! Wraz z rozwojem wydarzeń dowiadujemy się, że mama Ellen porzuciła jej ojca dla innej kobiety (sic!) i uciekła w siną dal, tym samym zmuszając ją do zamieszkania z ekscentryczną macochą, jej córką, i tym właśnie ojcem, który w gruncie rzeczy w filmie nigdy się nie pojawia – musimy więc uwierzyć twórcom na słowo, że w ogóle istnieje. Ze względu na wciąż pogarszający się stan zdrowia Ellen zostaje przymusowo wysłana na terapię na oddziale zamkniętym, gdzie wesoła gromada pacjentów cierpiących na zaburzenia odżywiania leczy się pod okiem Dr Beckhama (w tej roli Reeves), znanego ze swoich niekonwencjonalnych metod. To właśnie tutaj nasza bohaterka ma doświadczyć magicznego ozdrowienia…

Stereotyp goni stereotyp od samego początku, nie dziwi mnie więc dość szybkie wprowadzenie postaci Księcia z Bajki – w tym wypadku również anorektyk, tancerz baletowy imieniem Luke. Między nim i Ellen oczywiście natychmiast tworzy się „głęboka” więź… Ale niech będzie, ignorując początkowe rozczarowanie, wzdychając z niezadowoleniem postanowiłam mimo wszystko oglądać dalej, ciekawa, dokąd właściwie prowadzi cała opowieść i jaki będzie jej przekaz. Dalszy rozwój wydarzeń nie był ani trochę zaskakujący, film nie uniknął też pewnych schematycznych i przewidywalnych rozwiązań (np. ciężarna dziewczyna i bolesna strata dziecka), warto wspomnieć o pozytywnych aspektach „Aż do kości”, dzięki którym produkcja Netflixa mimo wszystko jest godna uwagi. Po seansie czytałam wiele sprzecznych opinii i po części zgadzam się zarówno z pozytywnymi jak i negatywnymi głosami – podsumujmy więc krótko co myślę o kilku kluczowych problemach, na których skupiają uwagę krytycy i widzowie. Przede wszystkim absurdalne są dla mnie zbiorowe petycje o zdjęcie filmu z ramówki, ponieważ może być świetnym „triggerem” (wybaczcie, ciężko znaleźć odpowiedni ekwiwalent tego słowa po polsku) dla osób borykających się z historią zaburzeń odżywiania. Czy naprawdę dożyliśmy takich smutnych czasów, że nikt już nie wierzy w zdolność ludzi do samodzielnego myślenia? Czy każdy wytwór sztuki masowej pokazujący „złe” zachowanie powinien być zabroniony? I w jaki sposób „Aż do kości” przedstawia zaburzenia odżywiania jako glamour – mnie nie pytajcie. Jedyne, co może potencjalnie „zaszkodzić” co wrażliwszym widzom to, być może, otwarte pokazywanie na ekranie chorych praktyk, do których uciekają się dziewczyny z zaburzonym obrazem własnego ciała. Patrząc jednak na reakcje osoby postronnej, która nigdy w życiu nie doświadczyła zaburzeń odżywiania w żadnej formie, sceny przedstawiające tego typu dziwne zachowania działają raczej jako tzw. eye-opener, swego rodzaju uświadamiacz pokazujący im, jak mała wiedzą o chorobie – przetestowane na współwidzach („ona naprawdę posmakowała tej czekolady, po czym ją wypluła?!”).

Jako osoba zmagająca się z zaburzeniami odżywiania mogę jedynie skomentować to: tak, uwierz mi, wszyscy przez to przeszliśmy. I nierzadko dalej przechodzimy.

Prawie bym zapomniała wspomnieć o fali żółci wylanej na odtwórczynię głównej roli, Lilly Collins – za co? Ano aktorka zrzuciła sporo kilogramów, aby móc lepiej zrozumieć i oddać postaci Ellie. Jak ona mogła?! Nagle wszyscy zamartwiają się tym nadludzkim poświęceniem aktorki (Collins przyznała się do epizodu z anoreksją w niedalekiej przeszłości) a Netflix oskarżają o promowanie nadmiernie wychudzonej sylwetki. Rozkładam ręce. Choć z drugiej strony, sam reżyser wydaje się ostrzegać nas przed zgubnym wpływem mediów społecznościowych i podkreślać jak bardzo podatni jesteśmy na otaczające nas przekazy – w filmie znalazł się watek młodej dziewczyny, która odbiera sobie życie pod wpływem „inspiracji”, jaką napawają ją rysunki Ellie opublikowane na jej profilu w serwisie Tumblr (ktoś jeszcze tam w ogóle wchodzi?). Na takich jednostkami jednak wyżywać się nie będę, dopiero co reaktywowałam bloga i nie chciałabym trafić na cenzurowane.

Kolejnym ‘problemem’ filmu, według krytyków, jest umacnianie stereotypu o anorekty(cz)kach jako „atrakcyjnych, młodych kobietach – z kilkoma męskimi wyjątkami – należących do klasy średniej, podczas gdy choroba obejmuje o wiele szersze spektrum, pod względem demograficznym i nie tylko”. Przepraszam bardzo, najwyraźniej odleciałam na chwilę podczas seansu i ta pulchna mulatka objadająca się masłem orzechowym najzwyczajniej w świecie mi się przyśniła. Jest też szansa, że zaczyna mieć zwidy, najpewniej jako wynik permanentnego niedożywienia. Ośmielę się mieć inne zdanie w tej kwestii i stwierdzić, że pod tym względem akurat twórcy wykonali dobrą robotę, ukazując różne osobowości i nie wrzucając wszystkich do jednego worka z łatką „wychudzenie”, ale podkreślając, że choroba jest zawsze w głowie, niezależnie od wagi i sylwetki. Ellie zaś miała być ukazana jako ta, która sięgnęła dna. Ok, to nie zawsze równa się osiągnięciu śmiertelnie niskiej wagi, osoby o wyższym BMI również mogą być wyniszczone, ale nie o tym chciałam. Jedna rzecz mnie zastanawia, dlaczego nie pójść o krok dalej i opowiedzieć o dziewczynie, która rzeczywiście umiera na skutek wygłodzenia? No tak, zapomniałam, przecież młode, głupiutkie dziewczyny wpatrujące się w piękną Ellie jak w obrazek stwierdzą „ok, umarła, ale przynajmniej była taka krucha, chuda i piękna”. Więc może taki styl życia jest w gruncie rzeczy cool. Bzdura. Największą zaletą i wartością „Aż do kości” jest to, że nie zrzuca całej odpowiedzialności za problemy z jedzeniem na media i wszechobecne w nich, nieosiągalne ideały piękna, ale sięga znacznie głębiej, dokopując się do głęboko schowanych korzeni, z których wyrasta drzewo zwane Anorexia Nervosa: skomplikowanej sytuacji rodzinnej, ciężkiego okresu dorastania i wielu, wielu innych. Nasze ciała pokrywają się ranami, którymi znaczy nas życie, aż w końcu stają się jedną wielką blizną. Samo ciało zazwyczaj nie jest źródłem problemu, ale narzędziem do samookaleczania, manifestacją traumatycznych przeżyć, jakie wciąż kłębią się głęboko pod zewnętrzną powłoką.

Mimo niezaprzeczalnych zalet filmu znalazłabym w nim jednak sporo rzeczy, które wpłynęły na mój mocno chłodny odbiór, chociażby metody Dr. Beckhama zapowiadane jako innowacyjne, w moich uszach brzmiały jak standardowy, irytujący coaching (jak skomentowała sama Ellie: „Wiem, do czego zmierzasz… Życie jest piękne i całe to… pierdolenie.”). Pozwolę sobie też na stwierdzenie, że Keanu Reeves zwyczajnie nie udźwignął tej roli na tyle, aby wypaść przekonywująco w roli anioła stróża – przyznaję jednak, że nie należę do fanów jego talentu. Życzyłabym sobie też bardziej rozbudowanych i pełnokrwistych postaci, moje oczekiwania częściowo spełnili członkowie rodziny Ellie (samolubni słabeusze, traktujący ją jak niewygodny problem, z którym trzeba się uporać dla spokoju ducha). Sama główna bohaterka jednak nie wzbudziła we mnie zbytniej sympatii, ale nie taki był zamysł scenarzysty, natomiast jak najbardziej mogłam wczuć się w jej sytuację i postawę pt. „mam wyjebane we wszystko i wszystkich”. Nie wspominając o świetnej kreacji Collins, idealnie oddającej wewnętrzne konflikty targające bohaterką i zaburzoną percepcję otaczającego ją świata. Najlepiej odebrane fragmenty to każde ujęcie, w którym widzimy Ellie wchodzącą na wagę i wachlarz emocji malujący się na jej zapadniętej twarzy. Ah, gdyby tylko więcej miejsca poświęcono walce toczącej się w głowie anorektyczki! Niestety, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że autorzy filmu zwyczajnie boją się pójść nieco dalej niż tylko bezpiecznie ślizgać się po powierzchni, co skutkuje – mimo wszystko – nieco wygładzonym, grzecznym obrazem niczym z Photoshopa.

„Odwaga to mały kawałek węgla, który połykasz wciąż od nowa.”

Jak w tym wszystkim prezentuje się zakończenie? Potrzebowałam dłuższej chwili na przetrawienie ostatnich minut filmu i właściwie wciąż nie mogę zdecydować, czy bardziej przemówiła by do mnie śmierć Ellie jako wynik jej upartego dążenia do ‘ideału’, czy jednak jestem usatysfakcjonowana z mniej drastycznego zwrotu akcji. Jedno jest pewne, bardzo dziękuję twórcom za odejście od przemaglowanego wzdłuż i wszerz „i żyli długo i szczęśliwie”, które pasowałoby tutaj jak pięść do oka. Kciuk w górę za przedstawienie związku Ellie i Luka jako całkiem przyjemnego, romantycznego wątku, a nie historii płomiennego romansu rodem z Harlequinów – chyba najgorszym pomysłem byłoby wykorzystanie postaci Luke’a jako rycerza w lśniącej zbroi ratującego swoją księżniczkę przed samozniszczeniem. Brrr! Zamiast tego w ostatniej scenie obserwujemy, jak Ellie z własnej i nieprzymuszonej woli postanawia raz jeszcze poddać się terapii. Szkoda tylko, że ciężko było mi uwierzyć w jej nagłą, cudownie odzyskaną motywację. Prawda, że człowiek musi wziąć rozbieg i uderzyć głową w ścianę, aby coś w nim pękło. Momenty objawienia, jak również „wzruszająca” scena z mamą karmiącą swoją małą córeczką pozostawiły mnie jednak zupełnie obojętną (ta ostatnia wręcz podniosła mi ciśnienie, oto mamy mamusie szukającą rozgrzeszenia, żeby uspokoić sumienie!).

Wady filmu nie są jednak na tyle poważne, żeby nie polecać go, szczególnie osobom zmagających się z zaburzeniami odżywiania i ich bliskim. „Aż do kości” porusza trudny i poważny temat, zbyt często i zbyt łatwo zamiatany pod dywan. Być może jest to nieudana próba dotarcia do sedna problemu, przesłodzony i ładnie zapakowany pół-produkt udający cukierek, ale przekaz filmu trafia w sedno, ukazując spustoszenie, jakie sieje każdy rodzaj „ED” i bezgraniczną samotność cierpiących na nie osób. Chcesz wyzdrowieć? Jesteś skazany na swoją własną łaskę i niełaskę. Nikt tego za Ciebie nie zrobi.  Tylko Ty możesz być swoim wybawcą, wyhoduj więc sobie jaja i połknij ten kawałek węgla.

Z wielką przyjemnością zobaczyłabym więcej tego typu produkcji, może jedynie trochę bardziej przemyślanych i lepiej wykonanych. Netflixie, liczę na Twoją kreatywność!

***

[poniżej oryginalna wersja recenzji napisanej przeze mnie w 2017 roku, zaraz po seansie – jeszcze po angielsku]

_____________________________________________________________________________________

This is the original review I wrote in 2017, right after watching the movie:

         Reluctant as I had been to jump on the bandwagon, the day came when I spontaneously decided to give Netflix a chance and to subscribe to the service shortly after the launch of the much awaited  (although still very poor in the offer, if you ask me) Polish version of their site. It is time, or rather the constant lack of it, that’s always been my ultimate excuse, but despite the vast selection of crappy content, not worth a single minute of my attention, I happen to find real treasures (eg. „Sense 8”, why, oh why did it have to be cancelled for heaven’s sake!) and Netflix does  not stop to surprise me every once in a while with their original productions.

        The recently released title „To the Bone”, starring the ever-so-gorgeous Lilly Collins and, wait for it, Keanu Reeves had immediately ended up on ‚My List’ and I had been eagerly awaiting the release ever since. As someone struggling with eating disorders almost my entire life, I did feel a mix of emotions before I sat down with my partner and pushed the play button, excitement and fear predominating and combined with sheer curiosity. Biased though I am, for obvious reasons, here’s my personal view on the problem and the way Netflix presented it.  ( NOTE: may contain spoilers!)

        To briefly outline the plot, we meet the protagonist, young artist (of course she’s an artist!) named Ellen during the therapy session for girls affected by anorexia nervosa, where she effortlessly manifests her feisty, cocky even, nature. Heavily kholed eyed, bones hidden under an oversized blouse, a messy cap (indoor places or outside, doesn’t matter), huge sunglasses – you could’t ask for more typical depiction of an anorexic girl. Needless to say she’s white, young and pretty, while the race-and-gender-equality obsessed activists would rather see her coloured. And gay, obviously. Nevertheless, as the story unfolds we learn that her mom abandoned her dad and eloped with another woman (yep, you got it right!) and now Ellen is going to live with her quirky stepmother, her daughter and, supposedly, the always-absent dad, who actually never appears, but is just talked about. Due to her bad condition, Ellie is set to a treatment facility where, surrounded by a merry bunch of patient affected by eating disorders and guided by an “unconventional” Dr Beckham (played by Reeves) she’s supposed to miraculously recover.

          Not going far beyond stereotypes, how could the authors resist the temptation of including a Prince Charming, in this case, a fellow anorexic, ballet dancer Luke, with whom she develops a bit deeper connection… Very well, moving on and ignoring my initial sigh of disappointment, I was curious of how the whole story was going actually to end and what message would it try to transmit. Even though the course of events did not come as a surprise, neither did the movie avoid some predictable scenarios (eg. the pregnant girl and her tragic loss) and clichés, there are also positive aspects worth enumerating. Having read so many scathing reviews I feel like both, contradicting and supporting some of the most prevalent opinions, so let’s cut to the chase – first and foremost, the whole raging over the petition to take off the show, because of how ‘triggering’ it might be for people with eating and body image problems is ridiculous.

I mean, isn’t it just very sad an assumption that people are, in general, unable to think independently? Should every form of art showing ‘bad’ behaviour be banned? And how is „To the Bone” „glamourizing” eating disorders – don’t ask me. I suppose that what may work as a „trigger” is how openly the ill practices of girls with distorted perception are shown on screen, but judging by the firsthand opinion of people who have never experienced any such disorder, some scenes revealing the eerie behaviour do work as an eye-opener („Has she just really tasted the food and spat it all out?!”). Tested on the fellow watchers.

As for somebody struggling with ED, trust me, we’ve all been there, done that.

Oh, and I am sure you’ve seen all the criticism of Lilly Collins for loosing weight to better get into the character’s shoes, (suddenly everybody is overly concerned about her former anorexic experience) and accusing Netflix of promoting people at very low weight (also „triggering” and inappropriate)… Well, I rest my case. Although, the passing reference to the girl who killed herself, „inspired” by Ellie’s artwork published on Tumblr, shows that we are surrounded by extremely vulnerable people, on whom certain content will, indeed, have extremely harmful effect. Allow me not to express my opinion on such individuals, for I don’t want this blog to be suspended. Period.

        Another common view is that “all the anorexic patients, with one male exception,are young, attractive, middle-class white women, when the illness affects a far broader  demographic.” Excuse me, but didn’t I just see a glimpse of this chubby, black girl, munching on peanut butter? Or am I suffering from delusions (surely as a result of constant malnourishment)? I dare say that they actually did a good job here, presenting different personalities and not ALL of them were emaciated, but rather representing the vast variety of eating disorders in all its shapes and forms. And wasn’t Ellie supposed to be on the brink of collapse?

Sure thing, it may happen even to patients with „normal” weight, but why can’t we make the protagonist dying as a result of starvation? Oh, let me guess, young girls will think she’s so pretty, so frail, so what, even if she dies, at least she dies beautiful. So starving may actually be a pretty cool choice for a lifestyle. Fiddlesticks. In fact one of the biggest assets of the movie is that it does NOT put all the blame on the media and the omnipresent ideal, unrealistically thin body image as the root of all evil. On the contrary, it focuses on the background, the underlying cause of the sickness, mostly stemming from complicated family relations and troubled adolescence.  „Every body has a history(…)”* and it bears life’s burdens, becomes one, big scarf in itself. The body will not necessarily be the root of the problem, but the instrument of self-inflicted  harm, a manifestation of the turmoil that we carry deep inside.

        It’s not all roses though and many a times I felt simply disgruntled. Dr Beckham’s methods were everything but innovative („I know what you’re trying to do. Life’s beautiful and all that…shit”), and, permit me to express my opinion, Keanu fails to deliver a convincing performance. The characters could be more developed and less one-dimensional, yet I appreciate the depiction of Ellie’s family members (selfish weaklings, treating her like a problem that needs to be dealt with for the sake of their good conscience). Ellie did not strike me as particularly likeable, but she was not supposed to, in fact, I could easily relate to her „don’t give a shit” attitude and utter indifference. Not to mention that I loved the way Lilly Collins portrayed a mentally troubled girl (her fine acting was especially visible in short, fleeting moments, like the look on her face while stepping on the scales). That being said, I truly hoped for more insight into the protagonist’s mind and the movie does not bother to go beyond the surface.

        „Courage is a small coal that you keep swallowing”

        As for the ending, I’ve been chewing over it for a while and I still cannot decide, whether I’d rather see Ellie die as a result of her obstinacy, or if I’m happy with the less dramatic turn of events. Thank God they spared us the typical „and they live happily ever after”, cock-and-bull story, at least the romantic part seemed credible and Ellie’s relationship with Luke quite real. The worst case scenario would be if he came up as knight in shining armour, courageously saving his princess from self-destruction. Fret not! In the end, she decides to get back to undergo treatment once again, this time on her own volition. Too bad that I simply couldn’t believe in her suddenly discovered motivation. While it’s true that you have to hit rock bottom to wake up and burst your bubble, Ellie’s „epiphany” moments left me pretty much unaffected and half-hearted, so did the „poignant” scene with the mother feeding her „little daughter” (ok, it actually pissed me off – here she goes again, appease her guilty conscience).

       Notwithstanding all its flaws, „To the Bone” tackles upon a serious issue, too easily and too often swept under the rag.  Perhaps it is a failed attempt to get into the crux of the matter, offering a mere smattering, a half-baked, saccharine product, but the (not so) subliminal message is just about right and shows the tragedy, the endless loneliness of people suffering from ED’s of all sorts – there’s nobody out there to do the job for you. You are your only saviour, so grow a pair and swallow that coal.

I very much look forward to seeing more productions like this one, only done better and with more substance. Netflix, I count on your creativity!

——

* Hunger: A Memoir of (My) Body, book by Roxane Gay (quotation)

References:

http://www.independent.co.uk/arts-entertainment/films/news/to-the-bone-nexflix-controversy-lily-collins-anorexia-eating-disorders-how-to-watch-a7841711.html

https://www.theguardian.com/film/2017/jul/13/to-the-bone-review-netflix-anorexia-keanu-reeves-film

http://www.independent.co.uk/arts-entertainment/films/news/to-the-bone-nexflix-controversy-lily-collins-anorexia-eating-disorders-how-to-watch-a7841711.html