Chora z wyboru? Refleksje okołourodzinowe.

Coś nie wychodzi mi regularne pisanie. Przynajmniej jeśli chodzi o bardziej osobiste tematy, niż ostatnio przeczytana książka, lub obejrzany film czy serial.

Przyczyna? Znajdzie się wiele.

Wieczne zmęczenie, wyczerpanie psychiczne i fizyczne. Ciągłe rozdrażnienie, siedząca gdzieś głęboko panika, która manifestuje się conocnym zgrzytaniem zębów. Przede wszystkim jednak – obezwładniająca złość. Na chorobę, o której nie mam siły już myśleć i której istnienie zaczęłam negować. No bo jak to, przecież widzę, jak wyglądam. I jem. Tyle jem! Zawsze za dużo. Przecież przytyłam, nieważne, że jakiś kilogram czy półtora w ciągu ostatniego pół roku. Liczy się sam fakt. Codziennie na ulicy mijam przynajmniej jedną dziewczynę. która o wiele lepiej wpisuje się w obraz anoreksji.

Sama nie wiem, czy złość, która mnie przepełnia wycelowana jest we mnie samą (raz za to, że nie potrafię wyzdrowieć, a potem znowu wynikająca z poczucia winy, że ten kilogram cholerny nie znika…), czy w bliskie mi osoby, od których ciągle słyszę, że muszę.  Waga rośnie? No super, ciesz się, przecież o to chodzi. Przecież musisz przytyć, żeby się lepiej czuć. Musisz jeszcze więcej jeść, żeby ciało lepiej funkcjonowało.  Musisz pomyśleć o zmianie terapeutki, bo obecna najwyraźniej nie potrafi Ci przemówić do rozsądku. Musisz, no musisz. Wyciągnąć magiczną różdżkę i wymazać te wszystkie lata dotychczasowego życia, gdzie tak ciężko starałaś się o to, by zbliżyć się do „ideału”. Twojego ideału, a jednocześnie zadowolić wszystkich dookoła. Zjeść ciastko (sic!) i mieć ciastko.

Tak się nie da, mówię. I nadal spotykam się ze ścianą.

Zdaję sobie sprawę, że nie jest łatwo zrozumieć, o ch*j mi tak właściwie chodzi, po co to wszystko, przecież wygląd nie jest najważniejszy, bla, bla, bla… Słyszałam już podobnych frazesów naprawdę za dużo. Nie tak dużo jednak, jak znienawidzonego słowa: musisz. Wszak każdy najlepiej wie, co dla innych najlepsze. Nawet, jeśli sam przy tym pieprzy sobie życie.

Otóż, nic nie muszę.

Ba, nikomu chyba nie przychodzi do głowy, że ja – tak mi się coś ostatnio wydaje – chyba chce być chora. Trochę się wykoleiłam ostatnio na drodze, którą obrałam wieki temu… Niestety, to wciąż nie podziałało to jak wake-up call. Jeszcze tydzień temu chciałam zrezygnować z terapii, rzucić to wszystko w cholerę, przecież  najwyraźniej nie przynosi efektów. Nie tak łatwo jednak mnie złamać – a skoro i tak egzystuję, zamiast żyć, to rzeczywiście warto dać sobie nikłą szansę na to, że pewnego dnia bańka pęknie i wykonam manewr zwrotny.

Tego sama sobie, z okazji tych smutnych urodzin życzę.

Na równi z życzeniem: dajcie mi (czasem) kurna wszyscy święty spokój!

 

Happy birthday to me.