Coś się kończy, coś się zaczyna.
Tak przynajmniej sobie mówię, co by nie zwariować. Niestety, nie mam na myśli końca mojej choroby (Ha! Niedoczekanie…) i narodzin „nowej”, „lepszej” Patrycji, ale… po raz pierwszy znalazłam w sobie odwagę, aby wreszcie zrobić coś tylko dla siebie. Z czysto egoistycznych pobudek porzuciłam więc stabilną, dobrze płatną pracę i wraz z końcem listopada podarowałam sobie wolność! Co teraz? Cytując moją przyjaciółkę, nie wie tego nawet wróżbita Maciej. Czy się boję? Jak cholera. Co mnie podkusiło do podjęcia tak kontrowersyjnej – żeby nie było, naprawdę dobrze przemyślanej – decyzji? W dużym skrócie, troska o moje zdrowie psychiczne. Owszem, w ostatniej firmie miałam naprawdę duży komfort na wielu płaszczyznach i spore zarobki, ale co z tego, jeśli wracałam do domu wyglądając i czując się, jakby ktoś przejechał po mnie walcem i jedyne, do czego byłam zdolna to tępe gapienie się w sufit, ew. w ekran telewizora? W pewnym momencie zaczęłam mieć nawet problemy ze skupieniem się na lekturze, nie mówiąc o bardziej wymagających, czy jak to się mówi, konstruktywnych czynnościach. Tak niestety działa na niektórych wiele lat życia w ciągłym stresie, jakiego, umówmy się, nie sposób uniknąć w pracy w korpo z klientem. Do tego rodzaju pracy zresztą, śmiem twierdzić, nie każdy się nadaje, a już na pewno większość z nas ma pewien limit czasowy na wyczerpanie pokładów energii i cierpliwości. Najwyraźniej ja już nie daję rady i pozostaje mi albo liczyć na to, że dłuższy odpoczynek pozwoli mi stanąć na nogi i wrócić do podobnego zajęcia za jakiś czas, albo się przebranżowić i szukać innej ścieżki rozwoju. Ta druga opcja byłaby scenariuszem idealnym, jestem jednak świadoma ogromu pracy i czasu, jakiej wymaga podobny plan, plus oczywiście dość skromnych zarobków na początku nowej drogi życia – każdy kiedyś zaczynał od zera, a wyszkolić się w konkretnej dziedzinie to nie jest takie hop-siup. Praca pracą, ale powiem Wam szczerze, że rzucenie jej ma dla mnie kolosalne znaczenie w zupełnie innym kontekście – moich zaburzeń odżywiania. Nie da się ukryć, że ciągłe złe samopoczucie, fizyczne i psychiczne, w przynajmniej 90% wynika z sideł, w których wciąż trzyma mnie A., z drugiej strony jednak praca, czy raczej ciągłe życie ‚pod napięciem’, pewne narzucone sztywne ramy zachowania, rutyna, presja, to wszystko wyzwala(ło) anorektyczne mechanizmy i, chcąc nie chcąc, sprawia(ło), że choroba wygodnie rozsiadła się w fotelu i obserwuje jak tańczę w rytm, który mi dyktuje. Niczym pozbawiona własnej woli pacynka, której kończyny poruszają się jedynie w odpowiedzi na pociągnięcie przez nią odpowiednich sznurków. Dlatego powiedziałam sobie: STOP. Od ponad roku chodzę na terapię, której efektów niestety nadal nie widać. No, może poza tym, że nie wylądowałam znowu w wariatkowie. Albo na bezludnej wyspie. Wciąż zmagam się z obsesją na punkcie wagi, nie mogę przeżyć, że od wakacji zwiększyła się o kilogram (i już nie jest 40 i trochę tylko, o zgrozo, 41 w porywach do „i pół”…). Wciąż staram się ją zmniejszyć, a wychodzi dokładnie na odwrót. Wciąż mam z tego powodu doła i nie potrafię się cieszyć z małych rzeczy na co dzień. Wciąż obsesyjnie myślę o jedzeniu i o tym, jak tłumić głód. Co wciąż powoduje napady. Wciąż nie potrafię odpuścić z ćwiczeniami, chociaż wiem, że codzienny trening jest przyczyną mojej opuchlizny i retencji wody i znowu, powoduje odwrotne efekty od zamierzonych. Ciało jest ofiarą umysłu. Umysł nienawidzi ciała i robi wszystko, by je zniszczyć. Udręczone, wystraszone ciało broni się jak może, krzyczy, wije, zwiększa swoje rozmiary, po to, aby umysł zauważył jego potrzeby. Umysł nie mogąc znieść tej niesubordynacji wyciąga coraz cięższä artylerię i tak koło się zamyka… Wąż zjada własny ogon. Pewnie zastanawiacie się, po co o tym wszystkim piszę. Trochę dlatego, żeby zaznaczyć swoją obecność – jeszcze tu jestem, żyję, póki co nie porzuciłam bloga, a kto wie, może przy większej ilości czasu w końcu go rozwinę. Po drugie, chcę chyba sama sobie dodać otuchy. Nadal jest mi ciężko, tak niesamowicie ciężko, ale zaczynam dostrzegać małe, codzienne zwycięstwa. To one, obok sromotnych porażek pozwalają mi przetrwać i jakoś ciągnąć ten cyrk dalej. Zaburzenia odżywiania to codzienna walka, w każdej minucie, nawet sekundzie życia – przejawiają się w każdej myśli, geście, zachowaniu, powoli obejmują i zatruwają wszystkie obszary życia. Wiem, że ciężko to Wam zrozumieć, ale negatywnego myślenia o sobie, kompleksów i strachu przed utratą kontroli nie da się tak po prostu wyłączyć. Ah! To by było piękne, jeden mały guziczek, pstryk, i wszystko wraca do normy… Oficjalnie stawiam więc sobie wyzwanie, aby czas, który podarowałam sobie na regenerację nie zamienił się w obsesyjne koło samobiczowania, wywierania na sobie presji, żeby wykorzystać ten czas wolności tak produktywnie (zaczynam nie cierpieć tego słowa) jak tylko się da. Kłopot w tym, że obecnie czuję się tak źle, że jedyne na co mam siłę – poza trwaniem w schemacie: trening, posiłki, spacery – to właściwie sama nie wiem co. Bycie, egzystowanie, przetrwanie każdego dnia. Złapałam się na tym, że mam problem nawet z oglądaniem filmów, co teoretycznie nie wymaga wysiłku, ale przecież wymaga siedzenia… Przysięgam sobie zatem, że nie dam się zdominować strachowi wynikającemu z tępej wiary w to, że anoreksja ma rację mówiąc: „zobacz, teraz nie pracujesz, nic nie robisz, jesteś grubym leniem i za miesiąc obudzisz się 10 kg na plusie i bez perspektyw na dalszą karierę”. Bo wiem, że ona nie ma racji. Nie ma, prawda?