A ty? Dla kogo żyjesz?

Nie odpowiadaj tylko: „dla mojego Misiaczka, którego tak bardzo kocham”, czy też: „dla mojej kruszynki, tak bardzo staram się być dobrym rodzicem, bo chcę ją wychować na dobrego człowieka”.

Nie o takie życie dla kogoś mi chodzi. Większość z nas ma w życiu przynajmniej jedną osobę, która dodaje wiatru w skrzydła i nadaje większy sens tej naszej całej egzystencji. I bardzo dobrze, smutne było by życie bez sensu, bez celu, życie dla życia. Czy jednak rzeczywiście staramy się to życie wieść tak, aby nam samym było dobrze?

Co ludzie powiedzą

Im jestem starsza (a za rok trzydziestka… dopiero pisząc to uświadamiam sobie, jak niemłoda już jestem!), tym bardziej zauważam jak bardzo spieprzyłam sobie życie usiłując żyć wedle ukochanego porzekadła Polaków, które usłyszycie z ust niejednej mamy, babci, cioci i Pani Halinki z drugiego piętra. No bo jak to, sobota jest a ty nie sprzątasz? Ktoś wpadnie z wizytą i masz, co za wstyd, powiedzą, żeś syfiarz! Do kościoła nie chodzisz, toć to wstyd (i nie gadaj mi tu herezji, że nie w Boga wierzysz, na mszę iść wypada), co ja dziadkom powiem, że grzesznicę wychowałam?! A te włosy musisz ciągle wiązać, w rozpuszczonych Ci ładniej przecież (kogo interesuje, że w związanych ci wygodniej). No i musiałaś się tak ubrać, znowu na czarno, pomyślą, że jakiś szarlatan Cię opętał czy inny Behemot, no wstyd tak wyjść! I paznokcie takie brzydkie znowu poobgryzane, a że na wyborach znowu nie byłaś to już lepiej się nie przyznawaj w ogóle bo…

Wstyd, wstyd wstyd.

Podobnych przykładów mogłabym mnożyć i mnożyć od piątku do niedzieli wieczór i pewnie nie jestem w tym odosobniona. Założę się, że większość z Was, drodzy czytelnicy, ma wokół siebie grono życzliwych osób, które zawsze wiedzą najlepiej, co jest dla nas dobre, co wypada, a co nie (wstyd!) i nie omieszkają służyć radą i pomocą. Zazwyczaj niepytani. Pech chciał, że prym w układaniu nam życia wiedzie rodzina, której się przecież nie wybiera (i z którą, niestety, faktycznie najlepiej na zdjęciu. Acz też zależy.) i od której ciężko się po prostu odciąć.

Jak najdalej stąd

… jak najdalej chcesz biec. I tak nie uciekniesz. Mnie przynajmniej do tej pory się nie udało. Fakt, po raz pierwszy prawdziwy luz poczułam studiując przez kilka miesięcy za granicą, gdzie nikt nie stał nade mną z batem, nie marudził, nie śledził każdego kroku. Co z tego – oceniające oko nadal wisiało gdzieś nad głową, regularne relacje z cyklu „no i jak ci tam dziecko w tej Hiszpanii” zdawałam z myślą, że niekoniecznie warto wspominać o czasie faktycznie przeznaczonym na naukę i, nazwijmy to, ogarnianie życia, które to aspekty nieco ginęły gdzieś pomiędzy długimi godzinami spędzonymi na imprezach. Jak wysyłać zdjęcia, to tylko te reprezentatywne, w razie gdyby wpadły w ręce jednej czy drugiej babci albo innej cioci przy rodzinnym stole. Oko zawsze czuwało, ale przez chwilę przynajmniej skryło się za ciemnymi okularami. Tym bardziej bolesny był powrót, niczym do domu Wielkiego Brata. I to brutalne zderzenie z rzeczywistością, kiedy zdajesz sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy wszystkim nie dogodzisz.

Dla chudych za gruba a dla grubych za chuda

Tak śpiewała Katarzyna Nosowska i miała absolutną rację. Nie dość, że zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna Cię za idiotę, bo nie znasz daty Bitwy pod Czymkolwiek, za lenia bez ambicji, bo studiowałeś Marketing albo inne Zarządzanie, za ignoranta, bo nie bawi Cię cyrk pod tytułem polityka, za sknerę, bo za mało dałeś na tacę w kościele – itepe, itede – to wciąż zadziwia fakt, jak ochoczo wypowiadamy się na temat cudzego wyglądu. Do stworzenia niusa dnia wystarczy dziś jedno niefortunne zdjęcie celebrytki, a zbyt odważna zmiana fryzury to najprostszy sposób, aby skłócić ze sobą grono znajomych lub połowę rodziny, to jest zwolenników przed i tych bardziej opowiadających się za po. Nosisz większy, niż powszechnie uważany za „normalny” rozmiar i uważasz, że dobrze czujesz się w swoim ciele? Życzliwi i tak doradzą Ci schudnąć. Dla zdrowia, oczywiście. Schudłaś wreszcie te 10kg? Przesadziłaś, teraz to już normalnie anoreksja. Weź lepiej tych kości nie pokazuj i jedz więcej.

Niekończąca się fala sprzecznych komunikatów może co wrażliwszych naprawdę doprowadzić do kresu wytrzymałości i chęci sięgnięcia po karabin maszynowi. Albo przeprowadzki do samego serca Australii.

Tylko egoizm nas uratuje

Po co właściwie o tym piszę? Skąd ten zlepek rozbieganych myśli?

Chyba jestem po prostu zmęczona. Życiem za innych i dla innych. Poczuciem, że ktoś przeczucia na mnie swoje niespełnione ambicje. Wrażaniem, że jakichkolwiek decyzji nie podejmuję, zawsze kogoś zawodzę. Stąd pomysł, że może by tak spróbować i wreszcie, raz na zawsze, już na dobre i na złe… mieć to wszystko głęboko w dupie?

A ty? Dla kogo żyjesz?