Express literacki #1: styczeń/luty 2019.
Czyli po prostu fajne książki, które ostatnio wpadły mi w łapki.

Często jest tak, że chciałabym więcej słów poświęcić konkretnej pozycji, ale gdy nazbiera się kilka przeczytanych książek godnych uwagi, a czasu jakby coraz mniej i mniej, wtedy zdecydowanie wolę zebrać wszystko do kupy w podsumowującym wpisie o moich ostatnich literackich doznaniach.

Przy okazji fejsbuk rzecze, iż dziś Dzień Pisarza, także post jakby w punkt.

Końcówka poprzedniego roku i początek obecnego to dla mnie okropny, naznaczony psychicznym i fizycznym cierpieniem czas, gdzie często wstanie z łóżka i przetrwanie dnia okazywało się poważnym problemem – siłą rzeczy długo nie miałam siły skupić się na lekturze i tempo czytania znacząco spadło. Nie chciałam zresztą czytać dla samego czytania i po dwóch dniach nie pamiętać zupełnie o czym to właściwie było… Na szczęście jest już trochę lepiej i w tym roku, jak dotąd, dokonuję trafnych wyborów, pewnie dlatego, że wreszcie wzięłam się za moją listę ‚to-read’, do której co chwila dochodzą kolejne książki i która zdaje się nie mieć końca!

Co ciekawego przeczytałam do tej pory w tym jakże pięknym roku 2019?
Sapiens. Od zwierząt do bogów 
Yuval Noah Harari
Czyli krótka historia ludzkości (A Brief History of Human Kind w oryginale), światowy hit, wokół którego krążyłam dobre pół roku, aż w końcu zdecydowałam, że czas zapoznać się z tym bestsellerem mimo, że do takowych zazwyczaj podchodzę dość sceptycznie. Tak naprawdę jednak to nie wszechobecne ochy i achy powodowały moją niechęć, raczej obawa, że książka okaże się „za trudna” i mimo wszystko nudnawa przez samą ‚historię’ w tytule. Nic z tych rzeczy – (teraz już) słynny izraelski historyk zna się na rzeczy i umie tę ogromną wiedzę przekazać w przystępny sposób. Sapiens wciągnęło mnie od pierwszych stron i nie raz, nie dwa zmusiło do głębszej refleksji nad smutną, jakby nie patrzeć, eegzystencją współczesnego człowieka. Czy naprawdę mamy podstawy, aby uważać się za lepszych od przedstawicieli gatunków zamieszkujących ziemię na długo przed nami? W jakim stopniu naprawdę różnimy się od darwinowskiej małpy? Czy może z biegiem lat coraz bardziej się do niej mentalnie przybliżamy? Nad tymi kwestiami i innymi ciekawostkami zręcznie rozważa Harari w pierwszej z trzech popularnonaukowych pozycji, które zyskały światowy rozgłos – w kolejnych z cyklu: „Homo Deus. Krótka historia jutra” i „21 lekcji na XXI wiek” idzie o krok dalej, snując odważne wizję przyszłości gatunku ludzkiego, komentując obecną sytuacje i przełomowe odkrycia, których świadkami jesteśmy i będziemy w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: dokąd zmierzamy? Obie książki już czekają na mojej półce i z przyjemnością się z nimi zapoznam.
Można zarzucać autorowi brak konkretnych argumentów uzasadniających pewne tezy stawiane w Sapiens, czy też brak twardych dowodów naukowych stojących za informacjami przedstawianymi jako fakty (ciekawą recenzję znajdziecie tutaj). Tak samo może też drażnić mentorski ton historyka, który momentami sprawia wrażenie popisującego się rozległą wiedzą, nie tylko ze swojej dziedziny naukowej, ale czy nie jest to bolączką większości książek popularnonaukowych? Serdecznie zachęcam do bliższego zapoznania się z twórczością Harariego, w mojej opinii jego wkład w literaturę i szerzenie wiedzy jest na tyle duży, że warto pochylić się nad jego dziełem (/dziełami) chociażby po to, żeby mieć w tym temacie jakiekolwiek własne zdanie.

 

Rymy życia i śmierci
Amos Oz
Kolejny przedstawiciel literatury z Izraela, który ku mojej wielkiej rozpaczy pożegnał się z tym światem pod koniec ubiegłego roku, pozostawił jednak po sobie na tyle sporą spuściznę, że przez jakiś czas jeszcze będę czerpać radość z dawkowania sobie po książce. Potem zostanie już tylko powrót do konkretnych pozycji,  a pewna jestem, że przynajmniej 3 ulubieńców się znajdzie. Niewykluczone, że krótka „opowieść o snuciu opowieści” będzie jedną z tych książek, przez które będę chciała przepłynąć ponownie, odkrywając ją na nowo. Oz opisuje tu jeden dzień z życia anonimowego pisarza mieszkającego w Tel Awiwie, którego oczami obserwujemy ludzi przesiadujących wraz z nim w kawiarni, przechodniów na ulicy, przypadkowe osoby, jakie napotyka na swej drodze i w przypływie weny twórczej przypisuje im imiona, cechy charakteru, wymyślając interakcje między bohaterami barwnej historii wymyślanej na poczekaniu w fascynującym umyśle autora. Amos Oz jest na tyle specyficznym autorem, że nie zaryzykowałabym bezkrytycznego promowania go wśród czytelników. Mnie rozkochał w sobie od pierwszego spotkania, powieścią „Judasz” i nie przestaje urzekać pięknem słowa i wnikliwą analizą ludzkiej natury, tak świetnie opisanej również w „Rymach życia i śmierci”. Sprawdź sam, a przekonasz się, czy warto.

 

Trzej muszkieterowie
Alexander Dumas

Aż wstyd, że do tej pory slogan „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!” znałam tylko ze słyszenia w różnorakich sytuacjach życiowych, i może trochę z filmów o dzielnych Atosie, Portosie, Aramisie (i D’Artagnanie), wreszcie jednak nastał odpowiedni czas na nadrabianie klasyków. Na temat „Trzech muszkieterów” słyszałam same pozytywne opinie i na szczęście nie okazały się na wyrost. Lektura życiowego dzieła francuskiego pisarza dostarczyła mi przede wszystkim mnóstwa bezwstydnej rozrywki i przypomniała, za co kocham literaturę. Bo mamy tu przede wszystkim przygodę, piękną relację między głównymi bohaterami, swoistą pochwałę przyjaźni, mamy też za mało  trochę emocjonujących pojedynków i burzliwe romanse. Czego chcieć więcej? Pełnokrwistego czarnego, w dodatku kobiecego charakteru! Dumas wysoko stawia poprzeczkę w postaci pięknej Milady, tajemniczej, przebiegłej, diabolicznej kobiety uprzykrzającej życie naszym dzielnym i gwardzistom armii króla Ludwika XIV. Cud, miód, malina. Jako odwieczna wielbicielka tych złych nie mogłam nie emocjonować się (i nie uronić łezki nad) jej tragicznym losem. Pozycja obowiązkowa!

Pachnidło. Historia pewnego mordercy.
Patrick Suskind
Kolejna z książek, które powinnam była już dawno przeczytać. No bo jakoś tak wstyd nie znać dzieł, które weszły do kanonu klasyków – zwłaszcza tych wzbudzających kontrowersję. Przyznaję się bez bicia: po „Pachnidło” sięgnęłam przez całkiem zachęcający zwiastun serialu produkcji Netflix, luźno opartego na znanej powieści. Serialu nie obejrzałam tak czy siak, ale przynajmniej zapoznałam się z tym specyficznym dziełem. Nie podzielam bezgranicznych zachwytów czytelników i znawców literatury ale uznaję wartość pisarstwa Suskinda i podziwiam niesamowity, oniryczny styl w jakim wprowadza nas w świat zapachów XXVII-wiecznego Paryża. Co wrażliwsi mogą wręcz nie być w stanie przebrnąć przez pierwsze strony książki, gdzie barwne opisy odoru francuskiego miasta i jego mieszkańców tworzą żywy, namacalny obraz i wręcz wciągają czytelnika w sam środek akcji, zapewniając prawdziwie sensualne przeżycie. Problem mam jedynie z podtytułem sugerującym pewne ramy, w jakie powieść miała się wpisywać zgodnie z zamysłem autora. Możliwe też, że po prostu miałam nieco wypaczone oczekiwania względem książki, ale wiem jedno, jako mroczny kryminał absolutnie nie wzbudziła mojego zainteresowania. Wątek kryminalny jest schematyczny, zarysowany jakby pobieżnie i w efekcie mało interesujący. Zakończenie natomiast pominę milczeniem. Gdybym miała opisać książkę pt. „Pachnidło” jednym słowem, powiedziałabym : dziwna – czy w pozytywnym, czy negatywnym sensie, to już kwestia gustu.

 

Becoming. Moja historia.
Michelle Obama
Dojrzałam już do tego, aby otwarcie mówić, że jestem totalnie apolityczną osobą. I nie wstydzę się tego, myślcie sobie co chcecie. Zupełnie nie ogarniam ani lokalnej, ani światowej sceny politycznej i nie przejawiam najmniejszego zainteresowania poczynaniami wydzierających japy błaznów. Nie przeszkadzało mi to jednak w sięgnięciu po autobiografię Pierwszej czarnoskórej damy Stanów Zjednoczonych. Dla mnie Michelle nie była nigdy żoną Baracka Obamy, ale ciekawą postacią medialną, ikoną stylu i… piękną kobietą. Po lekturze „Becoming” – jeśli już biorę ją na ślepo, wierząc w każde słowo – do listy epitetów mogę dopisać również: ambitną prawniczką, aktywistką walczącą o równość w społeczeństwie, wrażliwą, nieśmiałą, pełną pokory kobietą, świetną matką, wspierającą partnerką… jednym słowem, świetną babką i godnym naśladowania wzorem wybijającym się w zalewie miernoty reprezentowanej przez Kardashianki i inne wytwory kultury masowej wpychane do gardłą współczesnej młodzieży. Jakby tego było mało, okazuje się całkiem niezłą pisarką (tak, wiem, ghostwriting, i co z tego?). Czyta się to wszystko lekko i przyjemnie, polecam więc jako idealną lekturę na wiosenne popołudnia.

 

Unfiltered 
Lily Collins
Wydawnictwo Ebury Press  (czytane w oryginale, brak polskiego przekładu).
Kolejna autobiografia  w zestawie, tym razem zestaw osobistych esejów młodej aktorki Lily Collins, znanej głównie z „Aż do kości”, głośnego filmu o anoreksji produkcji Netflix  (moja recenzja tutaj). Bardzo szczerzy i intymny portret obrazujący niełatwe dorastanie córki Phila Collinsa, jej burzliwe związki z kolejnymi uzależnionymi od alkoholu i używek partnerami, piekło zaburzeń odżywiania i trudną drogę do samoakceptacji. Wybór lektury nieprzypadkowy, wynikający z potrzeby dodania sobie otuchy w mojej obecnej walce z chorobą.

Collins nie wspina się może na literackie wyżyny, ale w interesujący i chwytający za serce sposób przedstawia nam swoją historię z perspektywy zagubionej dziewczynki, poszukującej ukrytej gdzieś głęboko w sercu miłości do siebie samej. I co najważniejsze – na końcu znajduje ją i odzyskuje szansę na pełne, długie, normalne życie. Polecam serdecznie zarówno w ramach nauki angielskiego (książka jest napisana dość prostym i przystępnym językiem), jak i potrzebującym motywacji do dalszej pracy nad sobą – Collins poklepie Was po ramieniu zapewniając, że wszystko będzie dobrze, nie popadając przy tym w tani coaching. Jest szansa, ze jej uwierzycie i nabierzecie wiatru w żagle.
 
Czytajcie na zdrowie!