Gdy waga rośnie – pierwszy kamień milowy w procesie recovery.

Na wstępie z góry przepraszam za anglicyzmy, ale jak żyję i pomimo studiów translatorycznych, nadal nie znalazłam odpowiedniego słowa, które idealnie oddawałoby to, czym tak naprawdę jest recovery. ED recovery, anorexia recovery – termin ten już na dobre zagościł we wszelkich publikacjach na temat zaburzeń odżywiania, jest też powszechnie używany zarówno przez osoby zmagające się z nimi, jak i profesjonalistów, lekarzy, psychologów. Zresztą, chcę wierzyć że znajomość angielskiego w naszym kraju jest na tyle powszechna i wystarczająco zaawansowana, że mogę sobie pozwolić na nachalne wciskanie tego słowa w moich wpisach.

Tak naprawdę, codziennie się zastanawiam, czy właściwie jestem już w trakcie recovery, czy tylko tak mi się wydaje. Wątpliwości rozrastają się równie szybko jak mój brzuch i cała ta obecna sytuacja sprawia, że czuję się zamknięta w wielkiej bańce unoszącej się lekko nad ziemią. Bańce, którą wystarczy ukłuć na tyle mocno, aby pękła, powalając mi znowu spaść na dno. Te wątpliwości, żal, złość, galopujące myśli –  jak to pięknie nazwała moja terapeutka – bardzo brzydkie emocje obezwładniają mnie własnie w takich momentach jak ten, nie pozwalając spać w nocy i cisnąc do oczu łzy. Łzy bezsilności, wynikające z panicznego lęku przed… no właśnie, przed czym?  Zdrowy człowiek pomyśli sobie pewnie: „Głupia jest, jakby na świecie nie było większych zmartwień niż waga i rozmiar tyłka”. I ja się z tym całkowicie zgadzam! Każdy ma problemy a w Polsce szczególnie  lubujemy się w licytowaniu, kto ma gorzej, fakt. Czasami jednak człowiek potrzebuje po prostu się wygadać, usłyszeć: „rozumiem, albo i nie rozumiem, ale wierze w ciebie,  bo jesteś silna i dasz radę”. Albo nawet i dostać kopa w dupę, co by zacisnąć zęby i przeć do przodu, mimo wszystko. Z ręką na sercu muszę przyznać, że ciężko mi to zrozumienie ostatnio znaleźć, gdy wchodzę na wage, a ona codziennie pokazuje więcej i więcej i więcej (potrafi skoczyć 2kg przez weekend właściwie nie wiadomo dlaczego), a bliscy i tak nic nie widzą, i tak jestem przecież chuda. Podczas, gdy głowa cały czas się broni, gdy choroba krzyczy „NIE! Zjebałaś, co ty robisz, ogarnij się. Nie widzisz jak tracisz kontrolę, jak się rozrastasz?” I wierzysz w to, że wszyscy dookoła też to widzą, ale kłamią, wybierają bezpieczną drogę, żeby Ci jeszcze nie dowalać. Bo przecież taka jesteś biedna, tak Ci ciężko. I jeszcze się nad sobą użalasz, no szkoda takiej, kurczę, bo jeszcze zrobi coś głupiego…

But just because it burns, doesn’t mean you’re gonna die
You gotta get up and try, and try, and try

Tak więc dotarłam do etapu, którego się od zawsze przeraźliwie bałam – moje ciało powiedziało basta! Już mnie nie słucha i już nie będzie dla mnie miłe. Nie ma, że schudnę, bo mam takie widzimisię, o nie. Ono walczy o życie, o wyjście z tego marazmu, w którym tkwię od tylu lat. A ja wciąż nie chcę – ja, albo ona. Boi sie, że nie daj Boże będę szcześliwa. Cieszy się, że tyle już udało jej się przywłaszczyć: moją energię, pasje, chęć do życia, radość przebywania z ludźmi. Mój wieloletni związek. To ona pcha mnie teraz na wagę, chcąc udowodnić mi, że przegrywam na każdym polu, nie tylko w życiu ale sama ze sobą, dalej ulepiając mnie na swoją modłę niczym figurkę z gliny bo wie, jak bardzo jestem podatna na każde jej słowo. I tak, wiem, nikogo nie obchodzi to, ile ważę, mierzę i to ile wsunęłam dzisiaj kalorii. Nie mam wagi wypisanej na czole, a ludzie mają inne zmartwienia niż zastanawiać się nad tym, czy koleżance z pracy aby trochę nie urosła łydka. Tak naprawdę, to chyba nie o to chodzi, chociaż nie ukrywam, że bardzo boję się potencjalnych „komplementów” (Pati, ale dobrze wyglądasz!), które w mojej głowie będą jedynie potwierdzeniem tego jaka jestem beznadziejna i jak bardzo nie daję rady. Tak samo, jak nie chodzi nawet o to ile ta cholerna waga wskazuje – nie, nakręca mnie sam fakt, że ona rośnie bo chce. Bo uważa, że tak dla mnie będzie lepiej i pozostaje niewrażliwa na wszelkie moje próby codziennego wpłynięcia na poranny wyrok.  Całym moim życiem manipuluje – dobra, nazwijmy rzeczy po imieniu: niszczy je – obezwładniający lęk. Lęk przed zmianą, przed działaniem, przed samoakceptacją. Przed tym, że być może mogłabym być wolna i szczęśliwa. Pytanie tylko, jak długo jeszcze wytrzymam usilnie wmawiając sobie, że życie z anoreksją w sumie jest spoko, bo mi tak wygodnie?

Po co właściwie o tym piszę? Chyba z nadzieją, że odczuję choćby minimalną ulgę oraz, że ten wpis, choćby przypadkowo dotrze do dziewczyn, które znajdują się teraz na podobnym etapie walki z przekleństwem, jakim jest anoreksja. Jeśli to czytacie, proszę, nie bójcie się odezwać w komentarzu, lub prywatnie. Być może i ja i Wy tego potrzebujecie, szczerego zrozumienia i wysłuchania – nie odbierajmy sobie chociaż tego. I jeśli jest tam ktoś, kto w prostych słowach będzie potrafił podpowiedzieć mi, jak pogodzić się z brakiem kontroli, albo z utratą złudzenia posiadania kontroli, jakim jest dla mnie panowanie nad wagą i jak zaakceptować to, że nie mam już na nią wpływu, odezwijcie się.

Proszę. Błagam. Krzyczę – tu jestem!

Chcę też powiedzieć, że recovery nie jest łatwe. Nie jest ładne, droga do celu nie jest usłana różami i oblana czekoladą (pun intended). I cholernie boli. Fizycznie, psychicznie, emocjonalnie. Więc jeśli czujesz, że pękasz w szwach, że głowa Ci eksploduje, że idąc czujesz się jak słoń indyjski, który i tak w porównaniu ma +100 do gracji i wdzięku, bo ciągniesz za sobą nogi jak z ołowiu, a mimo wszystko dalej przeżywasz każdy dzień, mniej lub bardziej radośnie, i wciskasz w siebie to jedzenie tłumacząc sobie, że to normalne, że bez niego nie będziesz żyła – pogratuluj sobie. Siły, odwagi, tego, że mierzysz się z tym każdego dnia i nie ustajesz w walce do wyzdrowienia. I ja próbuję uwierzyć, że to wszystko minie i że cały ten ból to powoli zabliźniająca się rana. Największym wyzwaniem teraz jest przezwyciężenie chęci rozdrapywania jej na nowo.

 

PS: A żeby nie było na tym moim blogu wszystko tak chaotyczne i od dupy strony , w weekend planuję podzielić się z Wami moją historią, od samego początku. Bo warto uświadomić i sobie, i Wam jak to całe piekło się zaczęło.