Moje Hity i Kity 2019.

Kochani moi! Nowy Rok już wychyla się zza rogu przypominając, że czas najwyższy na małe podsumowanie minionych dwunastu miesięcy. Rok 2019, niestety, nie znajdzie się w czołówce moich najlepszych lat, ba! Ośmielę się nawet stwierdzić, że był to jeden z gorszych okresów mojego życia, więc jak na prawdziwą Polkę przystało mogłabym śmiało startować w konkursie gorzkich żali i licytować się, kto ma gorzej… Ile jednak można marudzić?

Postanowiłam więc podzielić się z Wami krótką listą rzeczy pozytywnych, fajnych odkryć, wydarzeń, słowem: wszystkiego co sprawiło mi w tym roku przyjemność, pozwoliło miło spędzić czas lub/i dało nadzieję, że z naszym światem nie jest jeszcze tak źle. Oczywiście balance is the key, stąd dla równowagi lista „kitów” być musi. Kitów, czyli wszystkiego co przyprawiało mnie  w tym roku o klasyczną „załamkę”, czy ja kto się zwykło mówić facepalm.

Uwaga, wpis z przymrużeniem oka i NIE sponsorowany! (Nie)stety, nikt jeszcze nie zaproponował mi płatnej współpracy ;-).

 

Mad Pat HITY 2019

Jasna strona Social Media

Mocno wierzę, że wszystko, co wynalazła ludzkość może być użyte zarówno dla szczytnych celów jak i do takich, którym przyświecają zdecydowanie złe intencje. Nie odkryję Ameryki twierdzeniem, że zachłyśnięci możliwościami coraz to nowszych i potężnych narzędzi coraz częściej zatracamy się w szalonym pędzie po „lepsze”, bardziej interesujące życie – nawet, jeśli ma być takie tylko z pozoru. Zaczynamy tworzyć odwrotną projekcję wiecznego mroku tkwiącego gdzieś głęboko pod skórą, pokazując w mediach społecznościowych udoskonaloną wersję siebie. Taka przykładowa Patrycja 2.0 będzie wiecznie uśmiechniętą, perfekcyjnie umalowaną i wystylizowaną gębą z Instagrama, uchwyconą jedynie w tych kilku sekundach życia, kiedy postanowiła wyjść spod koca i zapewnić resztę świata, że jest dobrze. 

Wirtualne avatary to jedno, a wszechobecny hejt to drugie. Ukryci za ekranem komputera tracimy wszelkie opory przed wymierzaniem batów, wieczną krytyką wszystkiego, co nie wpasowuje się w nasze gusta, z lubością też wykorzystujemy potęgę i zasięg social media do szerzenia trendów – często niebezpiecznych i groźnych dla zdrowia, zarówno psychicznego jak i fizycznego (chociażby nadal wszechobecne lansowanie beach bodies i sześciopaków na brzuchu, raczej nie do osiągnięcia dla przeciętnego Kowalskiego spędzającego osiem godzin dziennie w biurze). Cieszy więc, że w zalewie ludzi, którzy za wszelką cenę chcą nam wmówić co jest z nami nie tak i koniecznie nakłonić do zmiany znajdziemy też drugą stronę medalu: profile motywujące do (dosłownego!) wypięcia się tyłkiem na destrukcyjną kulturę fit, promujące przede wszystkim zdrowie psychiczne i samoakceptację. Jako osoba wciąż walcząca z ekstremalnie niskim poczuciem wartości, cierpiąca na zaburzenia odżywiania, znajduję w tych pozytywnie motywujących postach ukojenie i promyczek nadziei. A nawet i  zdarza się, że wywołają na mojej twarzy zalążek uśmiechu.

Polecam więc serdecznie Instagramowe profile: @q_cialoakceptacji, @kinga.antyfit, @antydieta, @okiemfizjoterapeuty oraz wspaniałą akcję „Piękno jest w Tobie” (FB: https://www.facebook.com/pieknojestwtobie.2019, Instagram: @pieknojestwtobie.2019) prowadzoną przez Dominikę Polakowską (@domini.pola), której udało się pokonać anoreksję i motywuje do walki innych. Tak trzymać!

Nobel dla Tokarczuk

Chyba nie muszę nic dodawać w temacie. Jasne, zdaję sobie sprawę, że temat już trochę się wyczerpał i książki pisarki wyskakują już z lodówki, ale jest to Sukces przez duże S, którego nawet nie wypada krytykować, nawet, jeśli nie odnajdujecie się w Twórczości Pani Olgi (która, przyznaję, do łatwych nie należy). Sama przeczytałam póki co jedynie „Biegunów” i nie zamierzam z tego powodu czuć się gorsza, czy też niegodna pogratulowania rodzimej pisarce, nie mnie też oceniać, czy rzeczywiście na nagrodę zasłużyła. Z przyjemnością wysłuchałam za to wykładu z ceremonii wręczenia nagrody Nobla, w którym Tokarczuk w o wiele piękniejszy i głębszy sposób niż moja skromna osoba porusza m.in kwestie wspomniane wyżej w Hicie nr 1 i zastanawia się nad kierunkiem, w którym zmierza ludzkość:

Inicjatywy społeczne

Coraz częściej natykam się na wspaniałe akcje, które dowodzą, że w codziennym pędzie za pieniądzem pozostało w nas jeszcze trochę empatii i chęci niesienia pomocy potrzebującym. Najmocniej ujęły mnie za serce inicjatywy: Zawieszony Obiad, Wymiana Ciepła (http://wymianaciepla.pl/#plakat), nakarm psa z OLX (https://www.olx.pl/lp/nakarm-psa/). Tak niewiele (a może właśnie aż tak wiele?) trzeba, aby wzruszyć nawet taką górę lodową jak ja!

F*CK Black Friday

Ostatni weekend listopada prawie na całym świecie oznacza jedno: masowy wysyp patologii  szał zakupów pod hasłem Black Friday. Bezwstydna, obsceniczna wręcz pochwała konsumpcjonizmu, wyzwalająca w ludziach najgorsze, niemalże atawistyczne zachowania a wszystko w imię szerzenia kultu wyprzedaży, które najczęściej są niczym innym jak sprytnym mydleniem oczu w wykonaniu wielkich specjalistów od marketingu. I po co to wszystko? Chyba po to, by ten raz w roku móc się rzucić na te osławione Crocsy w Lidlu i wyrzucić z siebie zbierającą się przez cały rok agresję w zaciętej walce o ostatnią parę? 😉

Na szczęście są firmy, które decydują się bojkotować Czarny Piątek i zamiast tego stawiają na budowanie reputacji marki i dbałość o długoterminowe relacje z klientem. Mało tego, zamiast kusić wspaniałymi okazjami wolą promować np. ochronę środowiska, tak jak stosunkowo młoda, zaprzyjaźniona marka Looks by Luks”, która idealnie wbiła się w niszę na polskim rynku oferując oryginalne, kolorowe nakrycia głowy pierwszorzędnej jakości. Ich Green Friday to policzek wymierzony kultowi bezmyślnego kupowania, oferujący w zamian przekazanie wszystkich dochodów z tego dnia fundacji Kupuj Odpowiedzialnie, edukując przy tym klientów w zakresie odpowiedzialnej konsumpcji. Można? Pewnie, wystarczy dobry pomysł i chęci!

Rosnąca świadomość o chorobach tarczycy

Mimo, że powszechnie panuje opinia o tym, jakoby Hashimoto stało się modne (znam nawet takich, co to uważają tę przypadłość za wymysł rozhisteryzowanych bab…), a wszelkie schorzenia tarczycy to wymówka dla permanentnego braku energii i złego samopoczucia, bardzo się cieszę, że mamy dziś coraz większą świadomość tej trudnej tematyki i coraz więcej publikacji szerzących niezbędną wiedzę o tarczycy. Szczególnie na pochwałę zasługują tzw. osoby publiczne decydujące się dzielić ze światem swoją historią, wśród nich znane i lubiane piosenkarki, aktorki, dziennikarki, modelki, czy influencerki. Znajdziemy wśród nich chociażby Oprah Winfrey, Kim Cattrall, Missy Elliott, Sofia Vergara, Kayah, Kinga Rusin, Julia Kuczyńska (@maffashion), czy też Kasia Dziurska, sportsmenka której świeżo wydaną książkę o życiu z Hashimoto i, w gratisie, SIBO właśnie przeczytałam i polecam, jeśli chcecie lepiej zrozumieć jak czuje się posiadacz zbuntowanej tarczycy.

Psychologia i sentymenty w kinie

Rok 2019 w świecie kinematografii zapowiadał się naprawdę na bogato, smuci więc fakt, że suma summarum niewiele z wyczekiwanych filmów zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Wśród tegorocznych produkcji jest jednak kilka wyjątków, a najwyżej ocenione przeze mnie i godne polecenia tytuły to bardzo intymne portrety, wnikające głęboko w psychikę głównego bohatera, wywołujące całą gamę emocji, niekiedy wręcz przytłaczające ciężarem przekazywanej treści. Mowa o autobiograficznym „Dolor y gloria” hiszpańskiego reżysera Pedro Almodovara oraz „Joker”, w którym Joaquin Phoenix wspina się na wyżyny aktorstwa i… szaleństwa. Jeśli jeszcze nie widzieliście tych filmów, warto nadrobić zaległości!

joker_movie_still

Joaquin Phoenix w filmie „Joker”.

dolor_y_gloria

Kadr z filmu „Dolor y gloria” Pedro Almodovara.

Israeli do it better

Kultura Izraela zaczęła przyciągać mnie po wizycie w Tel-Avivie, na przełomie 2017/2018 roku. Te kilka dni spędzone w towarzystwie niesamowicie ciepłych i otwartych ludzi, w pięknym mieście sprawiło, że z chęcią sięgnęłam po literaturę nieżyjącego już od roku Amosa Oza, bodajże najbardziej znanego izraelskiego pisarza na świecie i… zakochałam się! I choć nie jestem wobec jego książek bezkrytyczna (niektóre mogą momentami wydawać się nużące, czy mało zrozumiałe), proza Oza ma w sobie coś magnetycznego, co sprawia, że wciąż mam ochotę sięgać po kolejne pozycje, które dawkuję sobie raz na jakiś czas, gdy najdzie mnie akurat ochota na niespieszne smakowanie każdego słowa.

Innym odkryciem jest Yuval Noah Harari i jego głośna „trylogia”: „Sapiens. Od zwierząt do bogów”, „Homo deus” i 21 lekcji na XXI wiek”. Autor wychodzi w nich od skondensowanej historii ludzkości, prezentuje – dość pesymistyczną – wizję tego, dokąd zmierzamy, analizując przy tym wpływ rozwoju technologii na codzienne życie człowieka i wreszcie podsumowuje przełomowe wydarzenia ostatniego wieku i zaprasza czytelników do wzięcia udziału w debacie na temat naszych czasów. Są to z pewnością wartościowe lektury, motywujące do wyciągania lekcji z  popełnianych przez nas błędów (aczkolwiek w tym temacie bezsprzecznie wygrywa „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” Toma Phillipsa) i chwili refleksji nad przyszłością świata.

ynharari_books

amos_oz_portrait

Amos Oz

amos_oz_books

Mistrz Rushdie w formie!

Jeden z moich ulubionych – jeśli nie TEN ukochany autor – powrócił w wielkim stylu z powieścią „Quichotte”, jedną z naprawdę niewielu książek, które wciągnęły mnie w tym roku. Nie będę zdradzać za dużo, jeśli więc znacie i lubicie styl autora i jesteście ciekawi jego unowocześnionej wersji perypetii słynnego Dona z La Manchy, będącej jednocześnie śmiałą satyrą współczesnych czasów i bieżącej sytuacji polityczno-społecznej w Stanach Zjednoczonych – nie spać, czytać, podziwiać!

Wielki finał „The Big Bang Theory”

*** UWAGA, SPOILER***

Marudźcie sobie ile chcecie… Sheldon pozostał Sheldonem i dlatego go kochamy, tak jak i pozostałych bohaterów, dla których scenarzyści przygotowali może trochę szablonowe, ale koniec końców pozytywne zakończenie. Dla mnie w to graj. Ostatnia scena wywołała u mnie nawet łezkę wzruszenia! Trochę szkoda, że to już koniec jednego z moich ulubionych seriali (i pomyśleć, że jestem zdecydowaną antyfanką sitcomów), ale z drugiej strony trzeba wiedzieć kiedy (i jak) odejść z honorem. Chapeau bas panowie Lorre i Prady.

Kierunek: Korea

Wśród  tych wszystkich do bólu przeciętnych filmów i seriali, na jakie natknęłam się w tym roku, pozytywnie zaskoczyły mnie produkcje koreańskie, począwszy od naprawdę przyjemnego serialu Netflixa pt. Memories of the Alhambra”, z którym zaczęłam ten rok. Polecam szczególnie geekom, którzy entuzjastycznie przyjmą na klatę dość egzotyczny mix gatunkowy, gdzie fabuła jako tło typowego romansidła obrała kierunek VR, w dodatku takie wymykające się spod kontroli i osadzone w Hiszpanii. Me gusta! Moja fascynacja kulturą koreańską zaczęła się co prawda w ubiegłym roku od Sense 8″ i grającej jedną z głównych ról Doona Bae, potem przyszedł czas na świetny serial „Stranger” (również by Netflix), ale to dzięki „Memories of the Alhambra”  zauroczył mnie Hyun Bin, zobaczyłam też w końcu osławionego, genialnego Old Boya a lista filmów to watch made in Korea wciąż rośnie i rośnie…

Cudze chwalicie, swego nie znacie

Fakt, ze mnie też żadna patriotka, czy też miłośniczka polskiej kultury, a tu proszę, Polak potrafi, nie tylko po kilku głębszych i do kotleta ;-).  Muzycznie chociażby odkryłam, że Piotr Cugowski niezaprzeczalnie odziedziczył talent po tacie, przy czym na szczęście urody już nie – wielkiej urody natomiast są utwory z jego ostatniej płyty i nawet taką skałę lodową jak ja wprawiają w ten dość przyjemny, romantyczny nastrój. Niezmiennie zachwyca mnie głos Janka Traczyka, dla którego zdarzyło mi się jechać do warszawskiego teatru Roma, z kolei Natalia Przybysz „kupiła” mnie genialnymi „Dziećmi Malarzy”  i oryginalności, pewnej nieszablonowości której jest muzycznie wierna. Wsród pisarzy w dalszym ciągu poniewierał mnie emocjonalnie wspaniały Jakub Małecki a i w kinie sporo się ostatnio działo – najbardziej zapadające w pamięć seanse, oba zresztą zupełnie świeżutkie, to  „Boże Ciało” i „Proceder”, biograficzny film o raperze Tomaszu Chadzie. I teraz uwaga – bez wstydu przyznaję też, że z lubością oglądałam (odką mam znowu w domu telewizję…) polską wersję TV Show pt. „Dance, dance, dance”, w którym odkryłam niesamowity talent, czyli piękną tancerkę Idę Nowakowską. Jak ona się rusza! Przy okazji odkryłam też, że naprawdę lubię Ewcię Chodakowską, która zasiadała w jury – nawet, jeśli jej ćwiczenia nie robią na mnie wrażenia, jest po prostu fajną babką (a jej fit batoniki to już mogę jeść i jeść! ;-)).

Ci wielcy

Świat jest naprawdę pełen inspirujących ludzi, mniej lub bardziej znanych, a ja uwielbiam poznawać ich historie i wyciągać z nich cenne lekcje życiowe. I tak rok 2019 zaczęłam od pamiętnego seansu „Tolkiena”, przybliżającego szerszej publiczności postać osławionego „ojca fantastyki’, autora pamiętnej trylogii pt. „Władca Pierścieni”, wspaniałego pisarza, miłośnika języków, wzoru do naśladowania dla wielu pokoleń. W wakacje sięgnęłam po biografię Leonarda da Vinci, rozpływając się w zachwytach nad głodem wiedzy i bezspornym geniuszem słynnego przedstawiciela renesansu, a nie tak dawno trafiłam na dwa biopics produkcji indyjskiej o mniej znanych, ale równie godnych podziwu postaciach: Super 30″ o genialnym matematyku Anandzie Kumarze oraz The Sky is Pink” (z Priyanką Choprą i Farhanem Akhtarem w rolach głównych) opowiadający inspirującą, acz smutną historię Aishy Chaudhary. Oba pełne uroku, humoru i nie uderzające w nazbyt pompatyczne tony, a przy tym najzwyczajniej w świecie dobre w swoich gatunkach. Wisienką na torcie była zaś wyprodukowana przez Netflix godzinna rozmowa słynnego Davida Lettermana z jeszcze słynniejszym królem Bollywood Shahrukh Khanem do którego mam ogromną słabość. Ah, jak miło posłuchać czasami kogoś, kto na szczyt wspiął się nie dzięki sztucznym cyckom i koneksjom, a ciężką pracą i po blisko 30 latach w branży wciąż pozostaje niesamowicie autentyczny i pełen pokory. Przy czym nawet, jeśli świeci na ekranie zdumiewająco wyrzeźbioną jak na 54-latka klatą, najseksowniejsza  byłą i będzie w nim zawsze nieprzeciętna inteligencja!

 

Mad Pat KITY 2019

 

Bunt Matki Ziemi

Serce się kraje patrząc na anomalie pogodowe i ogromne katastrofy ekologiczne jakie coraz częściej mają miejsce na świecie. Zdaje się, że rok 2019 wyjątkowo obfitował w obrazy jak z sennego koszmaru, począwszy od trzęsień ziemi w Kalifornii i skończywszy na pożarach lasów w Amazonii. To, że ludzie sami sobie gotują ten los jest tylko kolejnym świadectwem naszej bezmyślności i wypaczonych priorytetów – bo ilu z nas zdarzyło się wyśmiewać wymysły zapalonych ekologów? Coś mi się wydaje, że sami się całkiem niedługo wykończymy, a raczej zmęczona ludźmi Planeta raz dwa zrobi z nami porządek. Szkoda tylko, że nawet w obliczu takiego kataklizmu, jak zajęta ogniem Amazonia media wciąż wolą plotkować o romansach gwiazd albo relacjonować żenujące wystąpienia polityków, zgrabnie zamiatając pod dywan faktycznie istotne informacje, bo jeszcze świat zainteresowałby się niepotrzebnie tragedią mieszkańców Ameryki Łacińskiej i mielibyśmy, panie, problem! Smutne, że żyjemy w tak zakłamanym świecie i wciąż podlegamy manipulacji „tych ważnych”, wykorzystujących środki masowego przekazu w swoich chorych grach o władzę.

Fat Shaming Continues

Inną naczelną funkcją mediów, jak już zdaje się wspomniałam na początku, jest dyktowanie nam jak powinniśmy wyglądać, jakie produkty kupować ku zazdrości Danusi spod dziewiątki, ile zarabiać, żeby nie wstydzić się przed rodziną, jakim autem jeździć, żeby wszyscy nas podziwiali, jak… no, długo można by wymieniać. Spece od marketingu doszli też ostatnio do wniosku, że muszą nam powiedzieć jak ż(r)yć, zanim wszyscy pomrzemy na otyłość, miażdżycę i cukrzycę typu 2. Wszystko ładnie pięknie, szkoda tylko, że z uporem maniaka kultywowane jest przekonanie o tym, jakoby wszystkie grubasy marzyły o wiecznych wakacjach w McDonaldzie i codziennie wsuwały kontener śmieci w ramach 3 co najmniej 15 posiłków. Owszem, nie da się zaprzeczyć, że nadmiar kilogramów w większości przypadków jest wynikiem nadmiernej i niemądrej konsumpcji, aniżeli tajemniczych chorób czy magicznych pasożytów, ale czy naprawdę jedynym sposobem na zmotywowanie ludzi do zdrowszego(!) stylu życia jest napiętnowanie jedzenia jako takiego hasłami typu Ż(r)yj i Jedz ostrożnie? Na pewno mignęły Wam gdzieś na przystankach te charakterystyczne plakaty z kiełbaską-bombą nadzianą na widelec… Nie trzeba być Einsteinem, żeby spodziewać się zgoła odwrotnego od zamierzonego efektu – wciąż przedstawiając jedzenie samo w sobie jako największe zło tego świata jedynie nakręcamy spiralę zaburzeń odżywiania i owszem, zachęcamy otyłych do działania, ale nie w formie wielkiego pospolitego ruszenia tyłka z kanapy, a schowania go głębiej i głębiej pod kołdrą, z dala od przepełnionego pogardą wzroku tej szczuplejszej (co wcale nie znaczy: zdrowszej) części społeczeństwa. Smutne. A tak boleśnie prawdziwe.

żryj_plakaty

Stary-nowy Disney

Żeby była jasność – z wypiekami na twarzy czekałam w tym roku zarówno na nową wersję „Aladyna” jak i „Króla Lwa”, są to zresztą moje ukochane bajki z dzieciństwa, każda oglądana pewnie przynajmniej z dziesięć razy. Ponadto oba filmy oceniłam wysoko w moim prywatnym rankingu (odpowiednio  8/10 i 7/10 patrząc na mój profil na Filmweb). I tak, jak do Aladyna jakichś większych uwag nie mam, pewnie dlatego, że lubię Bollywood i Guya Ritchiego, więc konwencja mi przypasowała jak ulał, a Will Smith jako Dżin pozamiatał (no dobra, zły Jafar powinien być brzydszy.) Nie wybaczę za to twórcom Króla Lwa tego, co zrobili z piosenką Skazy (czy raczej jej brakiem, jak mogli?!) i chyba największej pomyłki castingowej tego roku w postaci Beyonce. Tak zgwałcić „Can you feel the love tonight”… Wizualnie natomiast miazga, prawdziwa uczta dla oczu, ale czy twórcy zdołali zachować ten unikalny duch klasycznej animacji?

Butlera kryzys wieku średniego

Czasem bywa tak, że talent i wygląd nie idą w parze z umiejętnością wykorzystania przysłowiowych pięciu minut, przez co kariera wielu aktorów, jak w przypadku Gerarda Butlera, skręca na totalnie niewłaściwe tory. Pomimo ogromnej sympatii jaką darzę tego prze-przystojnego i zdolnego Szkota musiałam ostatnio spojrzeć prawdzie w oczy – Mr Butler jest mistrzem zmarnowanego potencjału i najwyraźniej od kilku lat cierpi na klasyczny kryzys wieku średniego. Czy to w poszukiwaniu wiecznej młodości (ah ta magia kina!) czy potwierdzenia swojej męskości, Gerry z uporem maniaka daje się wciskać w szufladkę zbawiającego ludzkość mięśniaka i wybiera coraz gorsze jakościowo akcyjniaki, nie czytając chyba w ogóle scenariuszy. Szkoda bardzo, bo jak przypomnę sobie ten piękny głos z The Phantom of the Opera”, świetną rolę w „Law-abiding citizen” i „Machine Gun Preacher”, nie wspominając o imponującym torsie wcieleniu Leonidasa w „300” to aż mi się chce płakać na widok jakichś „Geostormów” i Bogów niby-z-Egiptu. Mimo to, nadal jestem skłonna obejrzeć dla niego każdy gniot, w końcu mogę zamknąć oczy, a on niech tylko mówi!

gerard_butler_meme

Avengers: Endgame

Uniwersum Marvela wciąż skrywa przede mną mnóstwo tajemnic, bo ani nie sięgnęłam nigdy po żaden komiks, ani nie jestem wcale super rozeznana w kto z kim i dlaczego, czy też genezę postaci, ich relacji i fantastycznego świata. Czy te ‚braki’ nie pozwalały mi dobrze się bawić na seansach każdej części „The Avengers”? Skądże! Wystarczyła zachęta i garść wyjaśnień od partnera i voilà, z marszu kupili mnie komiksową estetyką i fantastycznym wykonaniem, szybko polubiłam też większość bohaterów – oczywiście z Lokim na czele, bo czarne charaktery to jest to, co grzeczne dziewczynki lubią najbardziej. Trochę z żalem, że to już koniec sagi, ale przede wszystkim ekscytacją godną nastoletniej fanki Zmierzchu odliczałam więc dni do premiery ostatniej części, zatytułowanej „Endgame”, nie kryjąc przy tym prawdziwie kosmicznych oczekiwań. Kolokwialnie mówiąc, ten film miał urwać mi tyłek. A nie urwał mi niestety nawet guzika od koszuli (co mogłoby się zdarzyć, gdybym na przykład w ekscytacji zagryzała rękawy, prawda? ;-)). To nie tak, że Wielki Finał jest absolutnie zły, nie zrozumcie mnie źle. Podejrzewam wręcz, że większość fanów uniwersum bardzo emocjonalnie przeżyła rozstanie z ulubionymi herosami i oceniła film wyżej ode mnie – pewnie po prostu jestem zbyt wybredna i marudna, aczkolwiek mój partner był wiele bardziej zawiedziony seansem. Co nam się nie podobało? Bez spoilerów ciężko wejść w szczegóły, ale trochę uwierało mnie powolne tempo i rozwinięcie wątków, które w moim odczuciu powinny otrzymać zdecydowanie mniej czasu antenowego (przypomnę tylko, że całość trwa bite 3 godziny). Nie podobało mi się też zakończenie historii niektórych (głównych!) bohaterów, no i jak dla mnie jednak tych emocji zabrakło, szczególnie w porównaniu z genialnym poprzednikiem, czyli „Infinity War”. Co tam się działo, matko kochana! Akcja ścigała się z samym Strusiem Pędziwiatrem, a końcowy cliffhanger rozbudził apetyt na prawdziwie szałowy finał, a ten… wyszedł jak wyszedł. Niestety w moich oczach odpowiedniejszym tytułem byłoby Game Over, ale co ja tam wiem. Pozostaje tylko czekać na kolejne spin-offy (bo czy Marvel z taką łatwością wypuściłby z rąk kurę znoszącą złote jajka?) w nadziei, że zrobią robotę.

Serialowa posucha

Znalazłabym jeszcze pewnie z milion powodów do narzekań, ale najzwyczajniej w świecie mi się nie chce. Jest mi tylko trochę smutno, że w ostatnich kilku(nastu) miesiącach ciężko mi trafić na dobrą rozrywkę, taką, która autentycznie by mnie wciągnęła i pozwoliła choć na moment zapomnieć o codziennych problemach. Kiedyś to były seriale! I choć nie jestem z tych, co marzą o weekendzie pod kocem z Netflixem i HBO Go na zamianę, ograniczając ruch do podniesienia pilota od telewizora, od czasu do czasu lubię obejrzeć sobie odcinek ciekawego serialu. Produkcje odcinkowe są dla mnie też „łatwiejsze w obsłudze”, bo z wiecznym ADHD nierzadko ciężko mi wysiedzieć cały film ciągiem! Ostatnio jednak każdy seans kojarzy mi się z tępym gapieniem w monitor, bez faktycznego zainteresowania historią, lub wręcz spoglądaniem w ekran jednym okiem i zapominaniem fabuły jeszcze tego samego dnia. Brzmi znajomo? Czy może u Was w tym roku na polu serialowym zdecydowanie więcej się działo? Ok, muszę przyznać, a czekałam specjalnie z wpisem aż do dziś, aby móc ocenić całość... „The Witcher” od Netflixa nawet, nawet dał radę. Jako fanka Wieśka – przeszłam The Witcher 3: The Wild Hunt i czytałam sagę – bałam się tego serialu i zwiastowałam sromotną katastrofę i może wyszło to na plus. Suma summarum, całkiem zgrabna produkcja z tego wyszła i nie będę już nawet wymieniać, co mi nie pasowało, wystarczająco się nagadałam chłopu podczas seansu ;-). Czekamy zatem na drugi sezon, jak i inne nowości w nadchodzącym roku. Może Pat Maruda też znajdzie wśród nich swojego nowego Dr House’a.

Geralt_hm

To żem się nagadała! 🙂 Moi drodzy, jeśli dobrnęliście do końca to serdecznie zachęcam Was do komentowania i dzielenia się zarówno swoimi sukcesami i porażkami ubiegłego roku. Co miłego Was spotkało Co wolelibyście wymazać? Jakie przygody przyniósł Wam 2019? Co najbardziej zapamiętaliście i wreszcie, jakie macie plany na nadchodzący rok? Mi się udało nie poddać w walce z chorobą, rzucić wyniszczającą psychicznie pracę, znaleźć czas, aby trochę o siebie zadbać i nabrać sił na zaplanowanie co dalej zrobić ze swoim życiem, a to już duży sukces.

Wszystkim Wam oraz sobie życzę pomyślności, radości i zdrowia, przede wszystkim zdrowia, bo bez niego plany pozostają tylko w sferze marzeń, a te są przecież po to, by je spełniać!