Dlaczego, jak jest dobrze, to zaraz znowu się p**doli?

To pytanie zadaję sobie ostatnio codziennie rano, ledwo otworzywszy oczy. Trochę abstrahując, lecz siłą rzeczy i tak mocno nawiązując od pandemii SARS-CoV-2, która w mgnieniu oka zawładnęła światem i wywróciła życie każdego z nas do góry nogami, pozwolę sobie na odrobinę egoizmu. W końcu to mój blog, to ja tu pisze, to ja się ze sobą męczę i to ja zostałam uwięziona w swojej głowie. To ja niedługo zwariuję.

Zabawne, mija dokładnie rok od wpisu „Ja i anoreksja. Krótka historia romansu.” a niestety, praktycznie nic się nie zmieniło na lepsze. No, może tak, jak wtedy chciałam umrzeć, to teraz bardzo chcę żyć, ale już nie mam siły walczyć o „normalność”. Jak to tego doszło, kiedy, dlaczego? Przecież jeszcze niedawno wspominałam, że rok 2020 zaczął się tak fajnie, przyniósł nadzieję, że to moje dziwne życie faktycznie wkracza na dobre tory, ba, nawet prosiłam tego cholernego wirusa, żeby spierdzielał na drzewo. A on, na przekór, postanowił w odwecie po kolei niszczyć wszystko co kocham. Po kolei odbierać: moje piękne Włochy, możliwość podróżowania, spotkania z rodziną i znajomymi, poczucie spokoju ducha i, przede wszystkim, wolności. Przypomniałam sobie teraz, jak jeszcze kilka tygodni temu z wypiekami na twarzy oglądaliśmy z parenterm (wspaniały!) koreański serial pt.:„Crash Landing on You” i z lekkim przerażeniem patrzyliśmy na to, jak żyją ludzie w Korei Północnej i nie mogliśmy się nadziwić, jakim cudem w dzisiejszym cywilizowanym świecie coś takiego jeszcze jest możliwe.

Masz babo placek – teraz sama się czuję, jakbym żyła w państwie totalitarnym, z tą różnicą, że pozostał nam luksus prądu i internetu. Nie zrozumcie mnie źle i nie linczujcie, błagam! Całym sercem popieram działania naszego rządu i mam szczerą nadzieję, że niemal całkowity lockdown Polski faktycznie przyniesie spodziewane efekty i zaoszczędzi nam jak najwięcej ofiar tej okropnej, nagłej, całkowicie niespodziewanej epidemii. Po prostu muszę gdzieś wyrzucić swoją frustrację, ten okropny lęk, które narasta we mnie każdego dnia, tworząc wielką bańkę, która tylko czeka aby pęknąć, a wtedy… Co wtedy? Pewnie nic. Tak samo, jak nic nie jestem w stanie zrobić, aby zmienić obecną sytuację, no bo jak? I chyba to jest w tym wszystkim najbardziej przerażające dla osoby z problemami, żeby nie powiedzieć wprost: chorej na głowę. Koronopanika, niestety, trafiła na podatny grunt i wybitnie zły okres w moim życiu. Gdzieś w połowie lutego, po niezgorszych roku początkach znowu wszystko zaczęło się walić, przynajmniej z perspektywy mojej cholernej anoreksji. Ciało ponownie przestało się słuchać, zaczęłam puchnąć, do tego doszła wizja rychłego rozstania z partnerem, który niedługo wyjedzie do pracy za granicę, idąca za tym niepewność, kiedy i czy w ogóle będę mogła do niego dołączyć. Nasiliły się problemy z hormonami, zjazdy energetyczne, „zawały” serca, obawa, czy mogę wyjść na spacer i ktoś mnie w razie czego zbierze z ulicy. Krótko mówiąc: powtórka z rozrywki, coraz większe zapętlenie się wagowej obsesji zasilanej napadami na jedzenie, jedynie spotęgowane przez ten cały stres. I ciągłe zastanawianie się, czy to już ten czas, czy ja umieram?

Dystans, k**wa, bo wszyscy umrzemy

Teraz strach przed wyjściem na spacer nabrał jeszcze głębszego wymiaru, choć przyznaję, i tak chodzę. Z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, unikając ludzi i ścierając do krwi – nie żartuję – ręce, myjąc je i dezynfekując po powrocie do domu. Chcecie mnie hejtować, proszę bardzo, ile tylko chcecie, biorę już wszystko na tę marną klatę. Wychodzę, bo ta okropna siła wypycha mnie tak samo, jak co rano zmusza do ćwiczeń i jak wywołuje płacz po kolejnym dniu, w którym nie potrafiłam powstrzymać się od słodyczy. Od dłuższego czasu co rano budzę się z poczuciem, że to jakiś koszmarny sen, który trwa zdecydowanie zbyt długo i z utęsknieniem czekam, aż się obudzę. Kontrola… nic już nie jestem w stanie skontrolować, ba, teraz cały mój rytm dnia jest kontrolowany przez odgórne zasady, do których muszę się dostosować, jeśli chce przeżyć. Szczerze? Naprawdę nie ma dla mnie nic gorszego niż wrażenie, że nie może być po mojemu, chociaż w głębi serca wiem, że nigdy nie było, że to od zawsze i na zawsze jedynie iluzja, że to wszystko jest w mojej głowie… Moje myśli są równie chaotyczne co ten wpis, stąd przepraszam, jeśli ciężko się to czyta. Tak samo, jak ciężko codziennie słucha się wiadomości, że kolejne kilkaset (tysięcy?) osób zmarło w kolejnym zaatakowanym kraju, że strasznego wirusa ma nawet Tom Hanks, żona premiera Hiszpanii i Książe Karol, więc skoro wielcy tego świata się przed nim nie ustrzegli, to gdzie my, szaraczki. Naprawdę nie spodziewałam się, że dożyję czasów kiedy to idąc na spacer będę się czuła jak przestępca a na zakupy spożywcze będę musiała się wybierać, dosłownie, jak na wojnę.

I nawet, jeśli nazwiecie mnie pustakiem jeśli wyznam, że i tak w tym strasznym czasie moim głównym zmartwieniem jest to, żeby podczas kwarantanny nie zamienić się w toczącą kulkę, I don’t f*cikng care – nie jestem w tym sama, wszyscy szanowani i podziwiani trenerzy fitness i telewizje śniadaniowe w tym kraju już od tygodnia trąbią, jak nie przytyć w czasie pandemii, krytykując przy tym leniów kanapowych co to nie lubią machać nóżką przed TV i wytykając palcami amatorów „tych najgorszych węgli”, co to wykupili cały zapas ryżu i makaronu w pobliskiej Biedronce. Nie brakuje przy tym pierdzielenia, jaki to wspaniały czas teraz nastał i jak wykorzystać go produktywnie na miliard sposobów, bo przecież nie można po prostu odpocząć, albo złapać zwiechę, zatrzymać się i przez tydzień gapić w sufit zastanawiając się nad życiem. Give me a break. To ostatnie to akurat to, czego każdy z nas najbardziej potrzebuje, a nie nakręcania paniki i w gratisie konkursu na to, kto lepiej posprząta mieszkanie, znajdzie więcej nowych hobby i wyrobi najładniejszy sześciopak w czasie społecznej izolacji. Serio, to o to w tym wszystkim chodzi? Bo coś czuję, że połowa ludności nam zaraz zejdzie ze stresu, a nie na sami-wiecie-co.

Quo vadis?

Sama nie wiem właściwie na co komu ten wpis, przecież moje słowa nic nie wniosą do Waszego życia. Idąc jednak dalej w samolubne tony, może jednak choć trochę pomogą mi dalej walczyć o moje. Martwię się o przyszłość, o moją rodzinę, o to, czy kiedykolwiek wrócimy do normalności, czy będziemy mogli się spotkać bez strachu, pójść na wspólny spacer, wybrać na wycieczkę za miasto… Z drugiej strony zastanawiam się: dlaczego? Za co, po co, kto i co chce nam przez to powiedzieć? Jest sporo zwolenników teorii, że to Matka Ziemia postanowiła pokazać ludziom, gdzie nasze miejsce za to, jak z uporem maniaka sukcesywnie ją niszczymy, zmusić nas do refleksji i przewartościowania priorytetów. Mówią, że ludzkość dostanie nauczkę i odrodzi się jak feniks z popiołów – zdziesiątkowana, ale odmieniona, zbuduje lepszy świat…

Wierzycie w to? Bo mnie, przyznaję, na chwilę obecną ciężko jest myśleć pozytywnie. Zdałam sobie dziś sprawę, że za 3 miesiące stuknie mi trzydziestka. Miałam ją spędzić z Indiach, a tymczasem jedyne, o czym marzę, to żebym mogła chociaż ubolewać nad tym, jaka jestem stara w otoczeniu najbliższych osób i nie zastanawiać się tydzień przed, czy na pewno mogę wyjść do sklepu, czy jeśli się zdecyduję, to tej trzydziestki wcale nie dożyję. Smutne. Ale boleśnie prawdziwe.

Tymczasem, moi drodzi #stayhome and #staysafe! Oby już niedługo.

PS: Tak, ilustracja tego posta w zamyśle ma być nieco sarkastyczna, z uwagi na okoliczności.