Kulturalnie w kwarantannie (wg Pat).

Tak, tak – tytuł wpisu to bezczelny clickbait, bo nie ma co ukrywać, czas przymusowej kwarantanny nie zmienił wiele w moim codziennym funkcjonowaniu. Z domu pracuję na co dzień, nie zrezygnowałam z aktywności na świeżym powietrzu i wcale nie dostałam nagle w „prezencie” problemu z nadmiarem wolnego czasu i doskwierającą nudą. Ba! Roboty u mnie jakby coraz więcej i muszę się nieźle nagimnastykować, żeby wcisnąć w każdą dobę i pracę, i pasje, i rozrywkę (choć coraz wyraźniej widzę, jak płynne są granice między jednym, drugim i trzecim). Mimo wszystko udaje mi się znaleźć czas dla siebie, a że minął już kwartał tego – jakże wspaniałego – roku, czas na małe podsumowanie z cyklu „Lubię to!”.

just_me_home_officePomyśleć, że zakładając bloga miałam w planach dodawać recenzję pojedynczych tytułów, które szczególnie przypadną mi do gustu a raz na miesiąc robić małe „kulturalne” podsumowanie, tym czasem bieda, Panie, bieda… Co gorsza, wygląda na to, że z wiekiem robię się coraz bardziej wybredna. Czy to książka, film, czy serial, mało co jest już w stanie mnie zachwycić, a nawet wciągnąć na tyle, żebym nie wierciła się i nie robiła czegoś „w trakcie”. Uwierzcie mi, attention span chomika to prawdziwa zmora! Z drugiej strony, wszyscy jesteśmy przebodźcowani, nie będę więc może dla siebie taka surowa… Do rzeczy jednak: patrząc na zestawienie ze stycznia, lutego i marca udało mi się przeczytać póki co 17 książek. Właściwie to w większości przesłuchać, bo audiobooki okazały się prawdziwym wybawieniem (i mówię to ja, zagorzała zwolenniczka papierowych książek, która parę lat temu zdradziła je dla Kindle’a) i pozwalają mi na „czytanie” podczas spacerów, ćwiczeń i innych codziennych czynności (zakładając, ze akurat mam dobry dzień i udaje mi się skupić na treści ;)). Dużo, mało? Nieważne. Ważne, że ze smutkiem stwierdzam, iż niewiele z nich mogłabym szczerze polecić, lista więc będzie krótka. A nóż któraś z tych lektur Wam akurat przypadnie do gustu i umili Wam czas spędzony w domu.

PRZECZYTANE

„Z czego powstaje jabłko”Amos Oz

Pisałam już o tej książce w ramach refleksji noworocznych, zamiast więc się powtarzać odeślę Was moi drodzy do tego wpisu. Zapis rozmów wspaniałego izraelskiego pisarza z zaprzyjaźnioną redaktorką w ostatnim roku jego życia zmusza do refleksji nad życiem w praktycznie każdym wymiarze. Przy tym nie zanudza, nie moralizuje, a jedynie zachwyca otwartością umysłu i erudycją. Warto!

„Ciężar atramentu”Rachel Khalid

Jeśli lubicie fikcję historyczną i historie osadzone zarówno w przeszłości jak i teraźniejszości, splatające losy pozornie nie związanych ze sobą bohaterów, przy czym nie odstrasza Was imponująca ilość stron i wymagająca uwagi fabuła, książka Khalid może być dla Was strzałem w dziesiątkę. Ja z przyjemnością poddałam się tej napisanej pięknym językiem powieści o dwóch kobietach: Helen, profesor historii lubującą się w kulturze żydowskiej, usiłującej rozwikłać zagadkę tajemniczej „Alef” z przypadkowo znalezionych, starych dokumentów i zbuntowanej Ester Velazquez, emigrantki z Amsterdamu która zostaje skrybą rabina w siedemnastowiecznym Londynie. Co je łączy? Co dzieli? Kim jest Alef i jaka jest waga atramentu? Nie bójcie się sprawdzić sami.

„Przy stole z Hitlerem”Rosella Postorino

Książka z serii „failed expectations”. Opis książki zachęcał, zaczęło się bardzo obiecująco, jednak już gdzieś w połowie wiedziałam, że nie do końca to kupuję. Akcja powieści Roselli Postorino rozgrywa się w czasie II wojny światowej i przedstawia jej okrucieństwo z conajmniej nietypowej perspektywy – Rosy Sauer, która zostaje  wybrana na testerkę potraw Hitlera. Wraz z dziewięcioma innymi kobietami, nasza bohaterka odtąd trzy razy dziennie kontroluje, czy podawane Furherowi jedzenie i picie nie jest zatrute, a jej spokojne dotychczas życie zmienia się o 180 stopni. Autorka porusza ważne i trudne kwestie („Czy chroniąc codziennie Hitlera, można uznawać się za dobrego człowieka?”), pokazuje okropieństwo wojny i piętno nazizmu, do pewnego momentu umiejętnie buduje atmosferę napięcia i niepokoju, a potem… wszystko się jakoś rozłazi. O ile ciekawe, i przerażające zarazem, było opisanie paraliżującego strachu, jakim zaczyna napawać Rosę i jej towarzyszki czynność tak przyziemna jak jedzenie posiłku (tym bardziej ciekawe z perspektywy osoby z zaburzeniami odżywiania), zabrakło w tym wszystkim bardziej wnikliwego portretu psychologicznego i… samego Hitlera. W dodatku zupełnie nie zrozumiałam zakończenia, ale można to zwalić na poziom mojego włoskiego, który być może nie jest tak dobry, jak mi się wydaje (czytałam „Le assagiatrici” w oryginale) ;-). Mimo wszystko uważam, że to lektura warta uwagi, jeśli ktoś lubi nietypowe powieści historyczne.

„Wojna makowa”  –  R.F. Kuang

Zachęcona piękną okładką polskiego wydania nabyłam ebooka w oryginale z nadzieją, że w końcu uda mi się trafić na coś naprawdę wciągającego z półki fikcja – nie wiedzieć czemu, zdecydowanie lepiej „wchodzi” mi ostatnio non-fiction. Co prawda z rodzaju tzw. young-adult pasjami uwielbiam tylko Harrego Pottera, ale zbiorowe zachwyty nad powieścią Kuang skutecznie mnie do „Wojny makowej ” przyciągnęły, w dodatku uwielbiam wschodnie kultury i nie mam nic przeciwko fantasy. Fabuła? Dość typowa, ot mamy tu sierotę wojenną, która oczywiście okazuje się jednostką wybitną na drodze ‚przez ciernie do gwiazd’ i szybko osiąga militarny sukces. W tle rysuje nam się przerażający obraz ludzkiego okrucieństwa i bezsensownego rozlewu krwi. Ciekawie zaczyna robić się gdy Rin, główna bohaterka, poznaje siłę swoich niezwykłych mocy i zaczyna ich używać, nie zawsze prawidłowo i bez konsekwencji… Powieść dość nierówna, momentami naiwna i nieco zbyt powierzchowna, ale trzeba mieć na uwadze, że to dzieło zupełnej debiutantki, także ode mnie chapeau bas. Po kontynuację raczej nie sięgnę, ale naprawdę miło się to czytało w ramach niezobowiązującej rozrywki i życzę R.F. Kuang dalszych sukcesów.

„Unf*ck yourself. Napraw się!”Gary John Bishop

Kto mnie zna, ten wie, że z zasady nie sięgam bo wszelkiego rodzaju poradniki, a zwłaszcza po takie, które mają na celu magicznie zmienić moje życie. Zachęcona tytułem postanowiłam jednak dać szansę niejakiemu panu Bishopowi i… nie było tak źle! Co z tego, że nie uniknął on powtarzania oczywistych oczywistości i popadania w patronizujący ton, szczególnie w wersji audio (autor sam czyta swoje dzieło!) – miałam wrażenie, że autor/lektor cały czas na mnie krzyczy, zwracając się przy tym jak do kompletnej idiotki. I mi w to graj!

Czasami tak trzeba, żeby do zakutego łba cokolwiek dotarło i człowiek faktycznie zechciał się trochę ponaprawiać ;-).

„One płoną jaśniej”Shobha Rao

Indie, poza radosnymi tańcami i feerią kolorów, kojarzą się z przerażającą brutalnością wobec kobiet – niestety, jest to smutna rzeczywistość, coraz częściej przedstawiana w filmach i opisywana w książkach, czy prasie. Nie inaczej jest w przypadku równie pięknej, co rozdzierającej serce powieści Shobhy Rao. „One płoną jaśniej” to historia dwóch młodych dziewczynkach z małej indyjskiej wioski, które łączy wielka przyjaźń a dzieli okrutny los, w postaci mężczyzn podporządkowujących sobie kobiety, jak i całe ich najbliższe środowisko. Obie są poniżane, wykorzystywane, a mimo to w sercach nie tracą nadziei na lepsze jutro i ponowne spotkanie. Książka mocna, dla niektórych być może nawet szokująca, poruszająca trudne tematy seksizmu, przemocy domowej, opresyjnych norm społecznych – dla odważnych czytelników o otwartych umysłach, którzy nie boją się też wzruszyć.

„An Autobiography or The Story of My Experiments with Truth” Mahatma Gandhi

Czytałam w oryginale, stąd angielski tytuł, widzę jednak, że polskie wydanie pt. Gandhi. Autobiografia. Dzieje moich poszukiwań prawdy” istnieje i jest dostępne chociażby w Empiku, mogę więc śmiało zachęcić do lektury. Mamy tu klasyczną biografię jednej z najbardziej inspirujących postaci XX w., M.K.Gandhiego, który snuje opowieść o swoim życiu nie szczędząc przy tym filozoficznych – i nie tylko – dygresji. Oprócz historii powstania i rozwoju słynnej koncepcji biernego oporu, dowiemy się więcej o tytułowych „poszukiwaniach prawdy” Mahatmy (przydomek ten w sanskrycie oznacza wielka dusza), o jego własnym przesłaniu, wg którego żył i które głosił. Z drugiej strony obnaża też wady wielkiego polityka, co pozwala spojrzeć na postać Gandhiego z szerszej perspektywy i poznać go również przez pryzmat zupełnie obcej nam kultury Indii, w której przyszło mu żyć. Od strony literackiej jest dość specyficzna, miejscami monotonna i może być ciężko przez nią przebrnąć – mimo to, w mojej opinii zasługuje na szansę, zwłaszcza, jeśli lubicie poznawać historie „tych wielkich”.

 

OBEJRZANE

Nie lepiej sprawy mają się z medium audiowizualnym, a ja coraz mniej ochotę na oglądanie czegokolwiek. Ciężko mi się na 100% zaangażować w to, co się dzieje na ekranie, może dlatego, że ja zawsze muszę „coś robić” (a najlepiej pracować, żeby w głowie nie zapaliła się czerwona lampka krzycząca „leń!”). Najlepiej, jak coś leci w tle do pracy, cy do ćwiczeń, tyle tylko, że wtedy kompletnie nie wiem co ja paczam 😉 Jak już aktywnie oglądać, to w towarzystwie partnera, w ramach wspólnego spędzania czasu, tak oto odkryliśmy jeden prze-wspa-nia-ły serial i kilka innych całkiem niezłych obrazów.

„Miracle Workers”

Szukałam czegoś lekkiego i przyjemnego. Check. Bardzo lubię Steve’a Buschemi. Check. Ciekawa jestem Daniela Radcliffa w rolach innych niż Harry Potter, bo to świetny aktor. Check. Do tego przegięty humor, śliczna prawie-hinduska i zagłada świata w tle. Check, check, check. Zachęciłam Was? Jeśli bokiem wychodzi już Wam kwarantannowa depresja i najzwyczajnej w świecie macie ochotę się pośmiać z obecnej sytuacji,  „Cudotwórcy” przychodzą na ratunek!

„Mesjasz” 

Ciekawe spojrzenie na wpływ psychologii autorytetu na masy, niejako rozliczenie się z konsekwencjami religijnego fanatyzmu, refleksja nad rolą, jaką odgrywa w dzisiejszych czasach wiara. Tak wielowymiarowego dzieła, przyznaję, po Netflixie się nie spodziewałam, a tu proszę! Mesjasz to dziesięcioodcinkowa opowieść o tajemniczym mężczyźnie, który pojawia się nagle na Bliskim Wschodzie utrzymując, że jest Mesjaszem. Gdzie leżą granice między wiarą a polityką? Jak bardzo jesteśmy podatni na manipulację? Czy technologia to nasza zaraza czy wybawienie? Wreszcie, czy tytułowy Mesjasz to zwykły oszust szukający poklasku? Oglądajcie, chociażby dla fenomenalnego odtwórcy głównej roli! Strasznie mi przykro, że nie zdecydowano się na kontynuację (Netflix wycofał zapowiadany drugi sezon), bo „Mesjasz” zdecydowanie ma w sobie spory potencjał na jeden z najlepszych seriali ever.

„Ragnarok”

Norwedzy dowalili z grubej rury. To nie jest ten Ragnarok, który większość z nas kojarzy z filmów Marvela, ani też lekkiej w formie Mitologii Nordyckej” Neila Gaimana. Mamy za to osadzoną w norweskim mieście Edda wariację na temat klasycznych podań o nordyckich bóstwach i ich chorej ambicji podporządkowania sobie świata ludzkiego. W tle jakże aktualny temat zmian klimatycznych zwiastujących koniec świata i, co akurat typowe dla Netflixa, trudów dorastania współczesnych nastolatków. I choć momentami Ragnarok” trochę za bardzo skręca w stronę typowej „młodzieżówki” (nie unikając przy tym oczywiście wątków LGBT), poziom realizacji i wykreowany klimat są na tyle dobre, że można przymknąć oko na fabułę – ta jednak wcale nie jest zła i całkiem wciąga! Czekamy na drugi sezon przygód współczesnego Thora.

„Kod Dedala”

Co się stanie, gdy zamkniesz w luksusowym bunkrze dziewięciu tłumaczy i każesz im przetłumaczyć w ścisłej tajemnicy najnowszy tom bestsellerowej serii napisanej przez enigmatycznego autora? Bardzo niedobre rzeczy… Sam opis fabuły przyciągnął mnie i partnera do kina (obydwoje jesteśmy zboczonymi lingwistami ;)), a smaczku dodał fakt, że twórcy luźno inspirowali się kulisami wydania „Inferno” Dana Browna. Wyszło, moim zdaniem, naprawdę nieźle. Przyzwoite kino rozrywkowe, z dobrze przemyślaną i trzymającą do samego końca w napięciu intrygą. Ja się nie nudziłam, mało tego, byłam z siebie dumna, że przewidziałam zwrot akcji sporo przed finałem – ah, ta satysfakcja wprawionego widza! Niezmiennie zachwycam się też młodziutkim odtwórcą jednej z głównych ról, Alexem Lawtherem, znanym z „The End of the f**king World”(swoją drogą, cudeńko!) i trzymam kciuki za jego dalszą karierę, bo chłopak jest genialny.

„Kłamstewko” 

W tym przypadku, przyznaje, nie rozumiem o co tyle hałasu. Chiński hit ubiegłego roku opowiada historię pewnej rodziny, która naprędce skleca pretekst do odwiedzin umierającej babci – wesele kuzyna – ukrywając przed staruszką prawdziwy powód wizyty. Film dość mocno wychwalany, zaciekawił mnie pomysłem na fabułę i główną rolą Awkwafiny, a jednak nie ujął mnie za serce, nie dostrzegłam „tego czegoś”. Owszem, było momentami zabawnie, pod koniec zdecydowanie melodramatycznie i całkiem wzruszająco… może jednak za bardzo?

„Dżentelmeni”

Tutaj mamy, proszę Państwa, typowego Guya Ritchiego – i samo to powinno wystarczyć za rekomendację lubującym się w tego typu kinie i twórczości wcześniej wspomnianego Pana, szczególnie w wersji Snatch” czy Rock’n’rolla”. Nie mam co się rozwodzić za fabułą, żeby nie psuć zabawy, zacytuję więc za filmwebem: Handlarz marihuany postanawia sprzedać narkotykowe imperium i przejść na emeryturę. Pożegnanie z półświatkiem nie będzie jednak tak łatwe, jak mogło mu się wydawać.  Jeśli samo to Was nie zachęca, w filmie zobaczycie Matthew McConaughey. Jeszcze za mało? Colin Farrel po raz kolejny udowadnia, że jednak nie został aktorem z przypadku, a Hugh Grant potrafi nie być irytujący, a nawet stworzyć genialną kreację. Jest oczywiście i czarny humor, i pojechane zwroty akcji, i świetne dialogi (o dziwo z równie świetnym polskim tłumaczeniem), i źli Rosjanie, oraz jeszcze gorszy Chińczycy. Niezobowiązująca rozrywka na wieczór, zwłaszcza w dobrym towarzystwie.

„Księżniczka Mononoke”

Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że „bajki” nie są zarezerwowane dla dzieci, prawda? Kto nie oglądał w wieku dorosłym „Króla Lwa” i nie płakał, niech się nawet nie przyznaje. Mistrzami świata animacji pozostają oczywiście Japończycy, i mam tu na myśli głównie treść, nie formę (choć ta jest również wspaniała w swojej specyfice). Ponad wgniatające fotel efekty specjalne zawsze będę bardziej cenić sobie przekaz, morał płynący z przedstawionej historii i tak też jest z dość wiekowym już filmem „Mononoke-hime” z 1997 roku. Choć bardzo lubię anime, to nie widziałam ich wiele i żaden ze mnie znawca, ale opowieść o wychowanej przez białą wilczycę księżniczce na pewno zapadnie mi w pamięć. Poza klasycznym konfliktem pomiędzy cywilizacją i mitycznymi siłami natury mamy tu piękną opowieść o miłości – nie tylko tej między ludźmi, ale też człowieka do natury. Pro-tip: w tym roku Netflix dodaje (chyba) wszystkie filmy legendarnego studia Ghibli, więc ja dodałam już kilka tytułów do listy must-watch, w ramach nadrabiania zaległości. Następny w kolejce: „Spirited Away”. Przyłączycie się? 🙂

„Parasite”

Ah, Ci Koreańczycy, coraz bardziej mnie fascynują i wciągają w swój specyficzny świat! Powinnam przeznaczyć na recenzję tego filmu osobny wpis, ale obawiam się, że nie potrafiłabym przelać na klawiaturę tej lawiny emocji, jakie wywołało we mnie dzieło  Joon-ho Bonga. Wielki zwycięzca tegorocznego rozdania Oscarów to jazda bez trzymanki, z wierzchu czarna komedia mocno w stylu Tarantino, z mocno wydzierającą ze środka gorzką refleksją nad prawdziwą naturą człowieka, o „równych i równiejszych”. Kto jest pasożytem? Chętnie poznam Waszą opinię :).

I na koniec, moja perełka, czyli:

„Crash Landing on You” 

No właśnie, a propos Koreańczyków – nigdy w życiu nie pomyślałabym, że tak bardzo przypadną mi do gustu seriale ich produkcji! Wspominałam już kiedyś na blogu o rewelacyjnym Stranger i Memories of the Alhambra, ale żadnego z nich nie oglądałam z takimi wypiekami na twarzy jak ubiegłorocznej, czyli w zasadzie jeszcze świeżutkiej produkcji, emitowanego przez Netflixa (i dla takich seriali nadal opłacam ten serwis!) „Crash Landing on You”. I wiecie co? Podobnie jak w przypadku „Parasite” powinnam – i być może to zrobię kiedyś – poświęcić osobny wpis, aby dać upust swojemu uwielbieniu dla tego przeuroczego serialu. A co tam, mimo prawie trzydziestki na karku uwielbiam czasami uwalniać tę piszczącą z podekscytowania nastolatkę, jaką byłam oglądając za młodu, no nie wiem, pewnie „Zbuntowanego Anioła” 😉 A tak poważnie, dotychczas produkcji made in Korea widziałam ledwie garstkę, ale wydaje mi się, że CLOY nie jest „typową” k-dramą, które od zawsze kojarzyły mi się raczej nieco pejoratywnie, z takimi przesłodzonymi, przeszarżowanymi romansidłami. Teraz jednak mam pewność, że sąsiedzi Kima potrafią zrobić naprawdę porządne kino.

No dobra, o czym to właściwie jest, zapytacie? Otóż tytułowy crash landing zalicza pewna południowokoreańska bogaczka imieniem Yoon Se-ri, typowa przedstawicielka Gangam style, gdy pewnego dnia oddając się w wolnym czasie przyjemności latania na paralotni wpada w sam środek małego huraganu. Spada nie tylko na terenie praktycznie sąsiadującej z Seulem, komunistycznej Północy, ale i prosto na przystojnego żołnierza Ri Jeong-hyeoka… Co z tego wyniknie? Ode mnie się nie dowiecie! Powiem tylko, że z wypiekami na twarzy śledziłam losy bohaterów, podziwiałam to, w jak niesamowity sposób twórcy przedstawili rodzącą się przyjaźń pomiędzy pozornie zupełnie różnymi ludźmi, jak również trudności głównej bohaterki w dostosowaniu się do okoliczności, w jakich przyjdzie jej walczyć o przetrwanie. Serial jest raczej z gatunku lżejszych, a mimo to poruszają obrazy z Korei Północnej (tj. lokacji udających Koreę Północną, ale wiecie, co mam na myśli), dające konkretne wyobrażenie o tym, jak ciężko żyje się mieszkańcom tego tajemniczego i przerażającego kraju. Wątki komediowe, których nie brak, są przy tym naprawdę zabawne, a nie zabawne ha-ha, czy żenujące, intryga polityczna nie nudzi (wręcz przeciwnie, jest ciekawie poprowadzona), postaci – zarówno te główne jak i te drugoplanowe – są autentyczne, dopracowane i świetnie zagrane, a muzyka dodaje klimatu. Całość jest idealnie wyważona i po prostu, co tu dużo mówić, cholernie wciągająca! Zwłaszcza, że większość odcinków serwuje na końcu taki cliff-hanger, że ciężko zdecydować, czy sen czy jednak play next. Dorzucę do tego jeszcze niesamowitą chemię między Ye-jin Son (Se-ri) i Hyun Binem (kapitan Ri) i mamy fajerwerki. Tak poza tym, to kocham się w Hyun Binie, a całe życie myślałam, że azjaci to nie moja bajka. Zainteresowanych odsyłam tutaj, a jeśli się skusicie, proszę, dajcie znać, jak Wam się podobało!

***

Ufff, trochę tego wyszło, ale w końcu podsumowuję tu już ponad 3 miesiące, aż ciężko uwierzyć, że ten czas tak leci – przed chwilą było Boże Narodzenie! Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca i znaleźliście wśród moich propozycji coś dla siebie. Za zdrowie! Ja zaś obiecuję odzywać się nieco częściej i zwięźlej 🙂

Wasza (wciąż Mad) Pat.