List do A.

Droga A.,

Wiem, że wciąż tu jesteś.

Po raz pierwszy w życiu robię wszystko, żeby skończyć tę dziwną… znajomość? Relację? Związek? A to druga strona (wybacz, nie chcę dłużej nazywać Cię osobą) trzyma, narzuca się, nie chce puścić. Po części z mojej winy – chcę, i jednocześnie tak bardzo nie chcę Cię opuścić, a Ty doskonale o tym wiesz.

Idealnie wyczuwasz najlepszy moment, by wciąż atakować mnie na Fejsbuku, Insta-badziewiu, na ulicy, w sklepie, nie daj Boże w przymierzalni. Przypominasz o sobie w każdej minucie mojej walki, zatruwasz wszystkie myśli, krzyczysz na mnie przy każdym kęsie, czy to zieleniny czy, o zgrozo, czekolady! Mój dobry humor odbierasz jako zdradę, policzek wymierzony prosto w twarz, z którą utożsamiam się od tylu lat. Ale… czy to wszystko naprawdę? Czy naprawdę wierzę, że jesteś ze mną, czy też dałam sobie to wmówić? Przecież tak często patrzę w lustro i myślę sobie, że jestem „normalna”, nie odstająca od normy, ot, przeciętna. Mówią mi, że to wyparcie, pozbywanie się problemu przez negację.

Sama już nie wiem kim jestem. Czy TY jesteś… mną?

Jeżeli tak jest, powiedz, dobrze Ci z tym, że tak bardzo siebie nienawidzę? Sprawia Ci radość, kiedy płaczę?

Nie słyszę, co mówisz? Kiwasz potakująco głową? W takim razie, moja droga, czas przyznać się kim naprawdę jesteś.  O co tu chodzi, przecież już nie żyjesz?! Nienawiść, najwyraźniej, jest jednak nieśmiertelna.

Proszę Cię jednak: przestań mnie już dręczyć. Przeszłości nie da się zmienić, ale fizycznie już nigdy nie będziemy razem – pora więc sobie wybaczyć i zakończyć tę relację na dobre, w wymiarze duchowym, psychicznym, każdym.

Nie życzę Ci źle i o to samo Cię proszę. Pomyśl czasem, jak wspaniałe mogłabym mieć życie, gdybym wreszcie choć raz poczuła, co to znaczy być wolnym człowiekiem.

I z tą myślą zamknij oczy, zaśnij już.

R.I.P.

Tato.

 

[Disclaimer: powyższy list jest moją „pracą domową” w terapii zaburzeń odżywiania.]