„Obsesja Piękna” – dr Renee Engeln

Daleka jestem od śmiałego stwierdzenia, że nie ma na świecie człowieka, którego nie dopadłaby tytułowa obsesja na punkcie piękna. Nigdy też nie zgadzałam się z opiniami, że zaburzenia odżywiania, depresja, niska samoocena i inne powiązane problemy powodowane są tylko i wyłącznie przez presję idealnego wyglądu, jaką narzucają nam media. Trudno jednak zignorować rolę środków masowego przekazu w kształtowaniu postrzegania własnego wizerunku przez kobiety (i nie tylko, moim skromnym zdaniem!), a jeszcze trudniej opisać to patologiczne zjawisko w tak przystępny sposób, jak udało się dr Renee Engeln.

Być kobietą… znaczy co?

Ręka w górę kto z Was zna kobietę absolutnie zadowoloną ze swojego wyglądu? Nie marudzącą na pryszcza, który wyskoczył na nosie po weekendowym imprezowaniu, nie lamentującą nad kolejnym wałeczkiem na brzuchu i biodrami zbyt szerokimi o dosłownie 0,5cm. Nie poświęcającej tych cennych porannych minut na tuszowanie niedoskonałości, wybieranie garderoby i układanie włosów, żeby wyglądać jak człowiek. Nie rozprawiającej godzinami nad zaletami tego i tego kremu i wyższością jednej maskary nad drugą. Nie rozpaczającej nad pierwszą zmarszczką i pierwszym siwym włosem (to przecież już tylko krok do starości i właściwie koniec życia!). Nikt? Ani jednej? Tak myślałam. Nawet, jeżeli nie wszyscy manifestujemy otwarcie swoje kompleksy dam sobie rękę uciąć, że każdy, gdyby go zapytać, znajdzie przynajmniej jeden element do wymiany w swoim fizys i bez wahania wymieni część ciała, która spędza mu sen z powiek. Prym w tego typu wyliczankach wiodą oczywiście kobiety i to na nich skupia swoją uwagę autorka „Obsesji Piękna”(oryginalny tytuł angielski „Beauty Sick: How the Cultural Obsession with Appearance Hurts Girls and Women”). Sięgnęłam po tę pozycję dzięki mojej terapeutce i w zasadzie lektura podziałała na mnie samą jako forma terapii – co jest dość ciekawe, bo z jednej strony nie odkryłam dzięki tej książce nic nowego, ale bardzo wiele sobie uświadomiłam i zaczęłam inaczej patrzeć na konkretne zachowania ludzi, sytuacje, wypowiedzi. Myślę, że „Obsesja piękna” na wielu czytelników podziała w podobny sposób, jako tzw. eye-opener i zmusi do refleksji nad problemem, który – mam wrażenie – jest zmiatany pod dywan, a wręcz w ogóle nie traktowany jako problem. Wręcz przeciwnie, sami nakręcamy spiralę zafiksowania na punkcie wyglądu jak gąbka chłonąc docierające z każdej strony komunikaty gloryfikujące atrakcyjność fizyczną.

Lekką obawą napawał mnie już sam tytuł, a raczej podtytuł („Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiety”) – umówmy się, mam lekką alergię na feminsitki i orędowników pseudonauki zwanej gender – ogółem nie jest żle, choć podkreślanie co drugą stronę przez autorkę, że należy pamiętać iż obsesje piękna w znacznej mierze omija chłopców w którymś momencie staje się nużące. Nie sposób jednak nie zgodzić się z tezą, że to dziewczynkom od dziecka wmawia się, że muszą być ładne. Po co? Aby zdobyć sobie sympatię i przychylność ludzi, bo przecież miła dla oka buzia przyciąga jak magnes, w konsekwencji zaś znaleźć dobrego męża i spełniać się w roli przykładnej Pani Domu. Edukacja, rozwój umiejętności, hobby, kariera? Zostawmy to mężczyznom! To ich chwalimy w pierwszej kolejności za osiągnięcia a nie długie nogi czy zniewalająco lśniące włosy. Brzmi brutalnie? Przesadzam? Zastanówcie się jednak nad tym przez chwilę a dojdziecie do wniosku, że, eureka!, tak naprawdę w świecie dzieje się – a jeśli przez całe życie ani razu nie byliście świadkami wrzucania dziewczynek do worka podpisanego Barbie a chłopców prędzej do Bob Budowniczy, to szczerze Wam zazdroszczę. Bardzo wartościowe są fragmenty przedstawiające różnice między płciami w kwestii czasu i pieniędzy wydawanego na urodę – statystyki bezlitośnie pokazują, jak wiele kobiety tracą na poddawaniu się presji wyglądania jak najlepiej, pomnażając przy tym z roku na rok coraz bardziej dochody wielkich koncernów kosmetycznych. Nie raz musiałam odkładać lekturę na bok, żeby wziąć głęboki wdech po ty, jak kolejny raz uświadomiłam sobie ile złotych sama zostawiam co miesiąc w drogeriach, zamiast wydawać to na przyjemności, na które pewnie bez problemu może sobie pozwolić mój facet! Oczywiście wszystko jest kwestią wyboru, ale czy rzeczywiście każdą z nas byłoby stać na postawienie się konwenansom, przychodzenie do biura bez makijażu i w dresie, ogolenie głowy na zero (jak jedna z bohaterek wywiadów)? Wątpię, niestety.

Całe to ciało.

Gdybym miała w kilku słowach opisać książkę dr Engeln, pewnie określiłabym ją jako „zbiór jeżących na głowie historii kobiet, które padły ofiarą obsesji piękna poparte garścią statystyk zebranych na podstawie wielu badań prowadzonych przez autorkę w formie popularnonaukowego czytała”. Byłoby to jednak dość krzywdzące, zwłaszcza, że uważam „Obsesje piękna” za lekturę obowiązkową w dzisiejszych czasach, gdzie czas odmierzają nam kolejne wizyty na Instagramie i Facebooku a miarą wartości stały się kilogramy i centymetry jednosezonowych celebrytek wyginających swoje idealnie smukłe, odziane w bikini ciała na profesjonalnie obrobionych fotografiach. Ewentualnie zmysłowo wydymające usta na kolejnych selfikach.  Jest to palec wycelowany w media, które piorą nam mózgi od najmłodszych lat, promując zniekształconą rzeczywistość, która ciało traktuje jako eksponat z wystawy, mający jedynie przynosić radość oku obserwującemu. A jeśli to ciało odbiega od ideału? No cóż, nie pozostaje nic innego, niż włożyć jak najwięcej wysiłku, by się do tego ogólnie przyjętego ideału zbliżyć. Pogoń za pięknem najczęściej wiąże się z kompletną utratą czasu, siły i ochoty na pozostałe aspekty życia, takie jak pasje, zainteresowania, relacje, praca, w bardziej ekstremalnych przypadkach zdrowie, a czasami nawet życie. Mimo tego znajdziemy miliard pięćset sto dziewięćset sposobów na osiągnięcie talii osi, smukłych nóg, gładkiej skóry, jędrnych pośladków i czego tylko sobie nie zażyczymy. Wystarczy odpalić Google i zaraz internetowi specjaliści pospieszą nam z pomocą. Szkoda tylko, że w tym wszystkim zapominamy o podstawowej funkcji ciała…

Im bardziej postrzegasz ciało jako bierny, dekoracyjny przedmiot, tym mniej jesteś w stanie wyczuć jego możliwości. W przypadku samouprzedmiotowienia może dojść do tak silnej koncentracji na sylwetce, że przestaniesz zauważać takie kwestie jak poziom energii czy wytrzymałość. Jak ujęła to jedna z grup badaczy, przestajesz szanować ciało jako zasób fizyczny.

Jak doszło do tego, że zapomnieliśmy o jego podstawowej funkcji i zrobiliśmy z siebie małpy, które każdego dnia przechodzą przez ulicę jak po wybiegu, zakamuflowani grubą warstwą L’oreal czy innego Hilfigera w obawie przed złym okiem, oceniającym, karcącym spojrzeniem? Skąd wzięło się to całe uprzedmiotowienie ciała, które ma nam przecież służyć jak najdłużej jako „środek transportu” przez wyboiste drogi życia, umożliwiając wykonywanie tylu wspaniałych rzeczy. Nie wspominając o tym, że skupiając 200% energii na powłoce – a ta i tak przecież każdemu obwiśnie i pójdzie do piachu! – nie starcza nam jej już na zadbanie o wnętrze, jakkolwiek górnolotnie to nie zabrzmi. Na zatrzymanie się, chwilę refleksji, docenieniu się za aspekty inne niż fizyczne, które faktycznie stanowią o naszej wartości – bo i po co? Wystarczy odpalić komputer, czy telewizor, by utwierdzić się w przekonaniu, że to wszystko się dziś nie liczy. W tych smutnych czasach wystarczy wypiąć tyłek do ekranu telefonu, albo schudnąć 0,5kg, żeby Twoje nazwisko umieszczono w tytule ostatniego, gorącego newsa. 

Nie przebieramy się, aby pozować przed lustrem, jak robią to małe dziewczynki – ale, niestety, nosimy to lustro w sobie i nie przestajemy się w nim przeglądać.

Tym bardziej przerażające są historie dziewczyn, z którymi rozmowy przeprowadziła dr Engeln. Opowieści młodych, niegdyś ambitnych kobiet, którym w dzieciństwie wmówiono, że ich wartość rynkową pomniejszają wady fizyczne, przez co nigdy nie rozwinęły w pełni swojego potencjału i zmagają się teraz z niską samooceną, poczuciem zagubienia, potrzebą uczęszczania na terapię. Wiele z tych historii przypominało mi moją własną, każda poruszyła i wzbudziła autentyczny gniew. Gniew wynikający chyba z bezradności, ta zaś ze świadomości, że jedna jaskółka wiosny nie czyni i choć całym sercem popieram podobne publikacje to wiem, że małe są szanse na zmianę naszego podejścia do wyglądu. Sama zresztą nie jestem bez winy, przyznaję się otwarcie do podglądania znajomych i celebrytów, porównywania i krytykowania poszczególnych części mojego ciała. W moim przypadku akurat wynika to z choroby, która z kolei ma korzenie w dzieciństwie, przez co teraz – jako już prawie trzydziestoletnia kobieta – bardzo ciężko mi zmienić pewne nawyki i zakorzenione przekonania. Walczę z tym jednak, starając się codziennie być wdzięczna mojemu ciału za to, co potrafi, a nie za to, jak wygląda. Takie książki jak „Obsesja piękna” są nieocenione w walce o samoakceptację, dlatego też polecam ją każdemu – a szczególnie mamom. Nie tylko córek.

Na zachętę, dla niezdecydowanych czytelników zostawiam świetnie zmontowany, krótki filmik idealnie podsumowujący to, co w książce najważniejsze:

Moja Ocena: 4/5 gwiazdek