„Serotonina” – Michel Houellebecq

Podobno najsłynniejszego żyjącego francuskiego pisarza o trudnym do wymówienia (poprawnie) nazwisku Houellebecq albo się kocha, albo nienawidzi. Lektura jednego, jak dotąd, z jego dzieł („Poszerzenie pola walki”) nie wystarczyła, aby mogła się przypisać do któregoś z tych obozów. Wydaje się jednak, że najnowsza w jego dorobku „Serotonina” przeważyła szalę i polubimy się na dłużej z kontrowersyjnym Panem Naczelnym Nihilistą XXI wieku.

„Mała biała owalna tabletka, dzielona na pół (…)” kusząca obietnicą łatwiejszego, przyjemniejszego, pozbawionego zmartwień i nadmiernej refleksji życia. Wielu ulegnie choćby czystej ciekawości i spróbuje jej działania, niemało też takich, którzy bez niej zwyczajnie nie dadzą rady. Wstać z łóżka, stawić czoła światu, funkcjonować i myśleć. Podobnie rzecz ma się z 46-letnim Florentem-Claude Labrousterem, inżynierem agronomem nie potrafiącym poradzić sobie z otaczającą go rzeczywistością, w tym świeżo odkrytą zdradą (a raczej rozlicznymi zdradami) jego dużo młodszej i, jak się okazuje, wyjątkowo lubieżnej kochanki partnerki. Od pierwszych stron wiadome jest, że Houellebecq po raz kolejny przedstawia nam typowego dla swojej twórczości bohatera, możemy też przewidzieć w jakim kierunku podąży historia. Nawet jeśli nie mieliśmy dotychczas do czynienia z innymi powieściami francuskiego pisarza, w sukurs przyjdzie nieśmiertelna Wikipedia, i powie nam – cytując miesięcznik  „Znak” – że książki Houellebecqa wyróżnia kilka cech:

Po pierwsze, główny bohater – zawsze jest to 30-, 40-letni mężczyzna, przedstawiciel klasy średniej lub wyższej średniej, człowiek samotny, często ze skłonnością do alkoholu, niezdolny do nawiązania trwałych relacji. Po drugie, pesymizm. To pesymizm egzystencjalny spod znaku Schopenhauera (życie jest cierpieniem), społeczny inspirowany darwinizmem i XIX-wieczną powieścią realistyczną (konkurencja jest podszewką większości relacji międzyludzkich) i kulturowy z ducha Nietzschego i Spenglera (Zachód zmierza do schyłku). Po trzecie zaś, książki te łączy iskierka nadziei, którą zaoferować mogłaby ocalająca miłość. Ostatnimi słowami powieści są jednak pustka, gorycz, rozczarowanie.

Wszystko więc się zgadza, każdy element układanki jest na swoim miejscu, a lektura dziwnie wciąga od samego początku. Nawet, jeśli pozornie „nic się nie dzieje”. Oto Florent z niebywałą kreatywnością postanawia zmienić swoje życie: pozbyć się niewygodnej kochanki (jedne z moich ulubionych fragmentów to rozważania bohatera, czy zabić i iść za kratki czy jednak nie pozbawiać się pewnych radości człowieka wolnego – takich, jak na przykład wycieczki do pobliskiego supermarketu oferującego ponad 20 rodzajów hummusu!), wyrzec się burżujskiego życia i przeprowadzić do hotelu, odciąć od ludzi i miasta, których tak bardzo znienawidził. Chciałby odnaleźć w życiu sens, ale jakoś niezbyt mu to wychodzi. Prawdę mówiąc, bohater „Serotoniny” przez ten brak sensu powoli umiera – ale również z nudy i… ze smutku. Autor jak to autor, wyraźnie nakreśla paralelę między gasnącym ogniem życia Florenta i powolnym umieraniem Francji, Europy, świata. Bezlitośnie obnaża ludzkie ułomności, otwarcie krytykując współczesny styl życia i poruszając też przy tym ważne kwestie polityczne, społeczne (jak chociażby dzisiejsze realia przemysłu rolniczego) co i rusz po mistrzowsku przywołując metafory odnoszące się do przykładów z życia wziętych. Czytelnik bardzo szybko zaczyna skłaniać się zastanawiać: o co tak naprawdę w tym życiu chodzi?

„Wydaje mi się, że umiera pan ze smutku.”

nie da się ukryć, że lektura „Serotoniny” – paradoksalnie, patrząc na tytuł – jest przeżyciem dość przygnębiającym, a na pewno nie jest to książka ku pokrzepieniu serc. Jest to opowieść o samotności, poczuciu wyobcowania, o powolnym zatracaniu się w marazmie. Zdumiewająco, jest to także opowieść o miłości, jej roli w życiu człowieka, skutkach jej braku. Oraz o pożegnaniach, znaczeniu przeszłości. Utraconych marzeniach, celach, wartościach.  Wszystko to dostarcza czytelnikowi dość szczególnych wrażeń: z jednej strony ilość smutku przebijająca przez tekst wydaje się być nie do zniesienia, z drugiej jednak okazuje się, paradoksalnie, dość pokrzepiająca. Jak to genialnie ujął jeden z recenzentów, „Jeśli wydaje się wam, że wasze życie jest do dupy, sięgnijcie po „Serotoninę” – nic tak nie stawia na nogi jak zestawienie naszego nieszczęścia z cudzym, o ile cudze jest większe. „

– Czy można umrzeć ze smutku? Czy to ma jakiś sens? – Była to jedyna odpowiedź, jaka przyszła mi do głowy.

 

Houellebecq, co tu dużo mówić, w tańcu się nie pitoli i używa przy tym bardzo sugestywnego, soczystego języka. Można lubić, lub nie – mnie momentami zachwyca. Pod płaszczykiem pozornej wulgarności i prostoty (momentami też fragmentów… zabawnych!) kryje się wiele prawdy o życiu, o nas samych, głębokie i zmuszające do refleksji przemyślenia. Choć mogłoby się wydawać, że główny bohater jest kolejnym narzekającym na życie, dostrzegającym jedynie ciemne barwy nihilistą, pozory mylą – Florent walczy, rozpaczliwie pragnie znaleźć dla siebie miejsce w tym nienormalnym świecie. Decyzuje się więc na captorix, z nadzieją, że lek magicznie zmieni jego bezcelową egzystencję w szczęście (machając ręką na skutek uboczny w postaci całkowitego zaniku libido). Jednak czy więcej serotoniny wystarczy, aby rozwiązać problem? Zainteresowanych odsyłam do lektury. Na pewno nie jest to pozycją, którą poleciłabym bez wyjątku każdemu – nie jednego męczyć będą pseudo-filozoficzne wywody przeplatane scenami zakrawającymi o pornografię. Tak sobie myślę jednak, że chyba waśnie po to są recenzję: aby odpowiednio ocenić poziom ryzyka, nieprawdaż?

Książkę bez trudu znajdziecie w Empiku, w większości salonów jest na wystawie, a nawet jeśli nie – trudno nie zauważyć tak intensywnie żółtej okładki 😉