Słowem wstępu, czyli na co komu blog?

Do rzeczy, krótko i na temat – czyli tak, jak nie umiem, ale nie wypada przynudzać od samego początku. Na co komu(ś) blog? Tego nie wiem, natomiast wiem, po co Pat blog.

Z potrzeby. Tak po prostu, najzwyczajniej w świecie. Bo tak!

Ile ludzi, tyle potrzeb, jedni wspinają się nieco wyżej po piramidzie Masłowa, inni wygodnie siedzą sobie u jej stóp. Moim problemem od zawsze była obsesja dotarcia na sam szczyt, aż w końcu zadałam sobie szczerze pytanie: po co? Na szczęście nastaje kres ery, w której za wszelką cenę chciałam coś udowodnić wszystkim dookoła. Nie chce mi się. Tak po prostu, szczerze, z głębi serca mam to już głęboko w pupie. No dobra, zapytacie, ale jak to się ma do bloga? Ano tak, że już raz takowy założyłam, z jakąś chyba wielką pretensją do miana recenzentki roku. Szkopuł w tym, że chciałam jeszcze pisać nie tylko o książkach, czy filmach ale i o tym, i o tamtym, i w dodatku po angielsku, bo przecież jestem filolożką i pisanie w języku obcym sprawi, że prowadzenie bloga będzie podwójnie produktywne (nie pytajcie). Do tego doszła presja czasu, bo przecież wypada wrzucić post przynajmniej raz na X dni. Na efekty takiego podejścia nie trzeba było długo czekać: bloga zamknęłam w cholerę zirytowana wiecznie kurczącą się dobą, której nie starczało mi już właściwie na robienie rzeczy, o których chciałam pisać. W końcu, na starość mnie olśniło. Pat, ogarnij się! Prowadzenie bloga nie ma być kolejnym upierdliwym obowiązkiem. Ma sprawiać przyjemność przede wszystkim mnie samej i będę go prowadzić tak, jak mi się akurat zachce. Walić perfekcjonizm i wieczne życie pod presją – którą, powiedzmy sobie wprost, sama sobie z uporem maniaka narzuca(ła)m. Tak więc górnolotnemu pojęciu samorealizacji dziękujemy, będę sobie pisać bo lubię i nikt mi nie wmówi, że musi przyświecać temu jakiś wyższy cel.

Poza tym, uwielbiam ten moment kiedy po roku, dwóch, trzech i więcej, odkopuję coś, co młodsza ja naskrobała w magicznych przypływach weny twórczej i myślę sobie „Jezu, ale człowiek kiedyś był durny!” (ewentualnie: „Co ja ćpałam?”). To takie budujące, gdy z roku na rok myślimy o sobie jako coraz mądrzejszych ;-).

Ale po co w ogóle pisać? I o czym?

Jeśli chodzi o mnie, od zawsze uwielbiałam czytać, a jak już człowiek przewałkuje sporą ilość tekstu to naturalnie czasami coś mu tam spod palców wyjdzie. I nierzadko całkiem udanego. Tak mi przynajmniej mówią, no to choć raz ich posłucham. Po co pisać? Równie dobrze można zapytać po co zajmować się [tu wpisz pierwsze lepsze hobby jakie przyjdzie Ci do głowy]. Uwaga, zdradzę Ci sekret: nie samą pracą człowiek żyje i nawet, jeśli zarabia miliony a cały jego świat sprowadza się do schematu: wstać rano, nałożyć maskę, zapierdzielać jak dzika mrówka 12h na dobę (odkładając te wszystkie miliony monet „na czarną godzinę”),  w międzyczasie pudełkowe żarcie zjedzone w biegu, po pracy jakiś fitness, bo tak wypada, w domu procenty na depresję i szybko haśku, co by uroda za szybko nie przeminęła, to jeśli nie pozwoli sobie na odrobinę luzu i zrobienia czegoś tak po prostu, dla samej radości chwili, prędzej czy później zwariuje. Brzmi jak banał, jakiś tani coaching? Zgoda, ale prawda jest taka, że wciąż ciężko nam pojąć, że nie wszystko, kurna, musi być produktywne (co to jest w ogóle za durne słowo?). Spójrzmy prawdzie w oczy, i tak niewielu z nas wpłynie swoimi osiągnięciami na dalsze losy ludzkości, zostawmy to więc odpowiednim osobom i zluzujmy wreszcie poślady.

A tematyka bloga? Osobiście ograniczać się nie lubię, nie wnikam też, co inni uważają za warte dzielenia się z otoczeniem. Blog to swego rodzaju pamiętnik, więc jeżeli pani Krysia spod piątki chce na nim pisać o dwustu sposobach na opierdzielenie męża, a Pani Halinka przepisami na fit gluten-and-sugar-free-paleo-low-ig ciasto z pietruszki – proszę bardzo! Czytelnicy zawsze się znajdą. W mojej głowie kłębi się tyle myśli, że wystarczyło by na miliard lat pisania, a że bardzo często potrzebuję ujścia dla kłębiących się we mnie emocji, od czasu do czasu pozwolę sobie się wyżyć właśnie tym miejscu – przynajmniej nie ucierpią na tym bogu ducha winne osoby postronne. Kwestia odsiania ziarna od plew, nie popadajmy w skrajności – mój blog nie będzie dziennikiem rozhisteryzowanej, prawie-30-letniej baby, ale jeśli posty z tajemniczej kategorii ED recovery okażą się pomocne dla osób zmagających się z podobną do mojej przypadłością, poczuję się choć trochę spełniona.

Głownie jednak chciałabym dzielić się ze światem rzeczami, które lubię robić, które sprawiają mi frajdę, dzięki czemu sama będę sobie codziennie przypominać o tym, że Patrycja to nie tylko choroba, ale przede wszystkim taki mały, ciekawy świata, trochę upierdliwy człowieczek, który kocha książki, podróże, lubi czasami obejrzeć dobry film, pograć na PlayStation i nawet od wielkiego dzwonu poprzebywać wśród ludzi ;-). Znajdzie się też więc miejsce na wszelakie recenzje i posty lifestylowe. 

Wpisy archiwalne.

Traf chciał, że zachowałam cały back-up poprzedniej wersji bloga, ale trochę szkoda mi życia na tłumaczenie wszystkich tekstów z angielskiego, wyjątek zrobiłam jedynie w przypadku recenzji filmu „Aż do kości” z racji na istotną dla mnie tematykę. Całą resztę wpisów zostawiam w oryginale z adnotacją „Wpis archiwalny”. Kto wie, może komuś z Was zachce się kiedyś przeczytać te wypociny, a nawet zostawić kilka słów komentarza. Be my guest!

No tak, miało być krótko i wyszło jak zwykle. Na koniec wyjaśnijmy sobie też jedną istotną rzecz: nie reaktywowałam bloga w celach zarobkowych ani dla fejmu. Nie będę rozpaczać, jeśli blog nie zyska miliona followersów przez weekend. Przeżyję, jak nie napiszą o mnie na Pudelku. Mimo wszystko jednak serdecznie zapraszam Was do mojego szalonego świata, do czytania, komentowania, lajkowania share’owania jeśli uznacie moje posty za wartościowe.

Tylko może bez bytniego hejtowania, wszak wrażliwe ze mnie dziewczę!