Żaden krok dla ludzkości, wielki krok dla Pat.

Zrobiłam to, proszę Państwa. I świat się nie zawalił.

          Jak to mówią w krajach anglosaskich, I hit the rock bottom i wydaje się, że juz gorzej być nie może. A skoro może być tylko lepiej, czas w końcu znaleźć jaja i spróbować chociaż trochę pożyć, a nie błagać los co rano, by pozwolił mi jakoś dotrwać do końca dnia, bez strachu, ze na spacerze znowu dopadnie mnie „zjazd”, szumy w uszach, że stracę czucie w nogach, że nie dam rady zrobić treningu, który daje mi trochę endorfin. Przestać skręcać się z bólu brzucha po jedzeniu, panikować, że ucisk w klatce piersiowej na pewno oznacza rychły zawal i płakać, że nawet palenie papierosów ścina mnie z nóg. Przede wszystkim jednak czas przestać się oszukiwać, że „nie wiem co mi jest” i szukać przyczyny wszędzie dookoła, tylko nie u faktycznego źródła. Lamentować, że waga w okolicach 41kg (wieczorem oczywiście nawet i 1,5kg więcej) to tak dużo i zastanawiać się, dlaczego czułam się o niebo lepiej, gdy była cale kilo mniejsza. Najwyraźniej ciało ma już dość, basta, limit samokatowania się wyczerpał. Zrób coś, albo do piachu. Simple as it is.

Wybór należy do mnie, do nikogo innego. Dlatego dziś, zrobiłam cos niemożliwego, a jednocześnie tak trywialnego, ze nie liczę właściwie na zrozumienie ze strony „normalnych” ludzi. Zjadłam obiad, czy raczej jak przystało na korpoludka, lunch w pracy. W godzinach wczesnopopołudniowych. Zjadłam też śniadanie i pewnie zjem kolację. Dla kogoś, kto od wielu lat trzymał się 2 posiłków dziennie i określonych godzin, bo umyślił sobie, ze tak mu wygodnie i dobrze, to prawdziwa rewolucja. Zrobiłam to, mimo, ze najwyraźniej odrabiam z powrotem z radością stracone 1,5kg, które  mi tak przeszkadzało i płaczę widząc, jak waga znowu rośnie. Będzie rosła i czas się z tym pogodzić. Anoreksja podpowiada, że za tydzień zobaczę 5kg więcej i… i co wtedy? Nic, bede musiała z tym żyć. ŻYĆ, kurwa, żyć, a nie marnie egzystować z brzemieniem karcącego wzroku ojca, który sam już dawno opuścił ten świat a nadal próbuje niszczyć mi życie.

Have fun trying, asshole.

Ja nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. I jestem dziś z siebie kurewsko dumna, choć ledwo mam sile stukać w klawisze.

Trzymajcie kciuki. Proszę.