Wielki Następca i Niebiańska Głupota, czyli rzecz o Kim Dzong Unie.

Lubicie biografie? Nie jest to mój ulubiony gatunek literacki, czy filmowy, ale są takie osoby, które fascynują na tyle, że chce się bliżej poznać historię ich życia. Są to zarówno heroes jak i villains, wszak taka już ludzka natura, że i zło często wydaje nam się intrygujące. Nie inaczej jest w przypadku Błyskotliwego Towarzysza Kim Dzong Una, którego postać w fantastyczny sposób przybliża czytelnikowi nowozelandzka dziennikarka i reporterka Anna Fifield.

Dobrze zgadliście – sięgnęłam po tę pozycję na trwającej u mnie od jakiegoś czasu „koreańskiej fazie”, która nie tylko nasiliła się przez serial Crash Landing on You, ale wyszła poza granice Południa i podsyciła chęć bliższego zapoznania się z sąsiadami mieszkańców Seulu. Dotychczas o rodzinie Kimów i ich małym królestwie nie wiedziałam zbyt wiele, choć oczywiście dobrze znana jest mi fizys obecnego przywódcy. Trudno o bardziej groteskowy obrazek – niewielki wzrostem, za to przytłaczający szerokością człowieczek o twarzy nieuchronnie kojarzącej się z prosiaczkiem, z wielkim trudem dźwigający hodowaną przez lata nadwagę (co przynajmniej sugeruje specyficzny chód z pokracznie ciągnącą się za resztą postaci nogą). I to jest ten Wielki Pan, przed którym trzęsą portkami najwięksi tego świata? W rzeczy samej. Jak dowiadujemy się z lektury, niezbyt atrakcyjny wygląd nie przeszkodził Kimowi ani w podbijaniu serc niewieścich, ani tym bardziej w podbiciu serc północnokoreańskiego narodu. No dobra, o to ostatnie akurat zadbano jak należy. W końcu od czego są propagandyści?

Drzewo genealogiczne rodu Kimów

Anna Fiefield, jak sama przyznaje, ma obsesję na punkcie Korei Północnej i dzięki temu udało jej się stworzyć tak szczegółowy i niesamowicie wciągający reportaż nie tylko o samym Kim Dzong Unie, ale też o historii kraju (co pozwala zrozumieć obecną sytuację) i o dojściu do władzy Kim Ir Sena, którego rządy kontynuowane były najpierw przez Kim Dzong Ila, a wreszcie przez naszego bohatera. Mój absolutnie ulubiony fragment mówi o tym, jak powstała legenda pochodzenia rodu Kimów, czyli perfekcyjnie obmyślona bajeczka o domniemanych niebiańskich narodzinach na świętej górze Pektu, sprzedawana po dziś dzień w podręcznikach szkolnych celem umacniania wiary w wyjątkowość nowego przywódcy. Naturalnie, skoro święty ród został obdarowany takim darem prosto z niebios, Bóg sam namaścił go jako ojca narodu i nikt nie śmie tego faktu podważyć. Chepau Bas, trzeba Kimom przyznać, że odrobili pracę domową – wiadomo, że repetitio est mater propagandum studiorum i jak wystarczająco często będziemy ludziom powtarzać, że 2+2 = 5, to prędzej czy później w to uwierzą.

„Objąwszy nowy urząd, Kim zaczął propagować kult jednostki tak nachalnie, że nawet Stalin by się zarumienił. W przeciągu roku przyjął tytuł „Wielki Wódz”. Zapełnił kraj swymi pomnikami, a historię kazał spisać od nowa.”

Już samo to pokazuje, jak perfekcyjnie wyreżyserowanym spektaklem z misternie utkanym scenariuszem jest życie mieszkańców Korei Północnej. Tam nie ma miejsca na spontaniczność, beztroskę, wolność, ba, nawet na marzenie o wolności, bo znakomita część z nich nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo są nieszczęśliwi i jak wygląda „normalne” życie poza granicami kraju, którego prawdopodobnie nigdy nie będzie im dane choć na chwilę opuścić. Takie jest wyobrażenie większości z nas o kraju rządzonym przez Kima i, jak się okazuje, jest ono w dużej mierze boleśnie prawdziwe. Sam dyktator i jego przydupasy wspólnicy oczywiście nie pozwolą przybyszom z zewnątrz poznać prawdziwej twarzy Korei i skrupulatnie nadzoruje każdą wizytę, czy to turystyczną, czy polityczną, bezczelnie manipulując swoim wizerunkiem i zamiatając pod dywan to, co potencjalnie niewygodne. Momentami można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z pojechaną dystopią, albo przynajmniej powieścią fantasy, tak absurdalne dla normalnej osoby jawi się życie przeciętnego Koreańczyka z Północy. Tym bardziej zasługuje na podziw poświęcenie autorki, która musiała spędzić setki godzin na zbieraniu materiałów do książki poszukując osób pośrednio i bezpośrednio związanych z Kim Dzong Unem, kilkanaście razy odwiedzając Koreę (oraz inne miejsca na świecie, w których za młodu przebywał Wielki Wódz) i przeprowadzając rozmowy z uciekinierami, dzięki czemu tak barwnie opisuje nie tylko kluczowe wydarzenia z historii kraju, ale też w przybliża sylwetki każdego z Kimów, usiłując wyjaśnić ich motywację i zagłębiając się w pokręcone mechanizmy władzy i brutalnej polityki. Rzetelność Fiefield i umiejętnie prowadzona narracja sprawiają, że lektura nie przynudza, wręcz przeciwnie – wciąga w ten przerażający, dziwny świat rodem z Orwellowskich przepowiedni, prawdziwy klejnot w koronie światowego komunizmu, i niejednokrotnie zmusza do głębszych refleksji.

„Koreańczycy zmuszeni są do funkcjonowania w systemie społecznym, w którym każdy aspekt życia jest monitorowany, każde wykroczenie skrzętnie dokumentowane, a każde odchylenie od normy karane. Permanentna i wszechobecna inwigilacja powstrzymuje wielu ludzi przed tym, żeby choć się skrzywić, kiedy w grę wchodzą sprawy związane z reżimem.”

No dobrze, muszę przyznać, że troszkę, odrobinkę przesadziłam – jest też druga, jaśniejsza strona medalu. Bardzo miłą niespodzianką jest odkrycie, że nie wszyscy mieszkańcy Korei Północnej to bezwładne roboty z wypranymi mózgami, i że w kraju coraz mocniej szerzy się wpływ zachodnich wzorców kulturowych, a zwłaszcza spuścizna bardziej liberalnych sąsiadów z Południa. Ah, jak wspaniale czytało mi się, że faktycznie szmugluje się tam na pen drive’ach południowokoreańskie k-dramy (jak to można zobaczyć we wspomnianym wcześniej serialu CLOY), oraz, że miejscami kwitnie tam handel, a zwłaszcza… narkobiznes! Takie „kapitalistyczne wyskoki” są przy tym akceptowalne, ale wciąż pod pełną kontrolą i nieustannym nadzorem władzy, która działa tak, aby wszystko działo się w jej interesie – w myśl zasady: zanim kogoś ukarzemy, sprawdźmy najpierw, czy przypadkiem nie lepiej pozwalać im dla nas zarobić.

Przyznaję, nie jest łatwo oceniać, a tym bardziej recenzować reportaże, bo fabułę pisze tutaj historia, a ta potrafi zaserwować najbardziej niewiarygodne scenariusze. Zawsze jednak z mniejszym lub większym uznaniem można się odnieść od kunsztu pisarskiego autora, a tego – moim skromnym zdaniem – Annie Fiefield odmówić nie można. Dzięki niej dowiedziałam się m.in dlaczego w kraju rządzącym przez dynastię Najwyżej Panujących Słońc Ludzkości panuje tak skrajna bieda i jakim cudem, w takim razie, są w posiadaniu broni atomowej. O istnieniu Pjonghattanu, o czasach młodości i edukacji (niesfornego i niezbyt wyróżniającego się ucznia) Kim Dzong Una w Szwajcarii, jego rodzeństwie i tajemniczych morderstwach, miłości do koszykówki i przyjaźni z ekscentrycznym Denisem Rodmanem, zaskakującym bromance politycznym z Donaldem Trumpem, a wreszcie o tym dlaczego naprawdę warto dziesięć razy przemyśleć decyzję o wycieczce do tej części Półwyspu Koreańskiego (dość mrożąca krew w żyłach historia, swoją drogą…).

Niektórzy zarzucają reportażowy Fiefield, że jest „napisany dokładnie takim samym językiem jak propaganda, którą opisuje”. Być może – ja nie odniosłam takiego wrażenia. Autorka faktycznie momentami stara się pokazać bardziej ludzką twarz Dobrotliwego Słońca Narodu, w moim odczuciu niemniej jednak godną pożałowania. Książka ma szansę przypaść do gustu laikom, takim jak ja, dla których będzie kopalnią wiedzy o najbardziej odizolowanym i tajemniczym kraju świata.

Lubicie czytać biografie? Co sprawia, że lektura tego typu książek Was wciąga? Macie swoje ulubione tytuły, które możecie polecić? Koniecznie dajcie znać w komentarzach! 🙂

Książkę „Wielki Następca. Niebiańskie przeznaczenie błyskotliwego towarzysza Kim Dzong Una” kupicie m.in w Empiku oraz na oficjalnej stronie wydawnictwa SQN.