Z czego powstaje jabłko? Czyli refleksje noworoczne.

Tak, zdaję sobie sprawę, że mamy już luty (kiedy to się stało?!), ale rok 2020, tak jak i cała dekada wciąż jeszcze wydają się „nowe”. Podobnie jak nowe wydają mi się ostatnie dziwne, a tak naprawdę dość poważne i przerażające zarazem przemyślenia. O życiu. O śmierci. Głownie o śmierci.

Nie, to nie przez #2019-nCoV i wybitną nieudolność rządzących naszym wspaniałym krajem w obliczu nadchodzącej katastrofy. No, może trochę. Ale zaraz, o co chodzi z tym jabłkiem?

Spieszę z wyjaśnieniem. Otóż każdego dnia świat traci wspaniałe umysły i osobowości, jedne bardziej, drugie mniej znane. Końcówka 2018 roku przyniosła bardzo smutną dla mnie nowinę o śmierci izraelskiego pisarza Amosa Oza – tym bardziej przygnębiającą, że dopiero co zaczęłam zapoznawać się z jego twórczością. Bez względu na to, jak duży dorobek po sobie pozostawił, serce mi się kraje na myśl o tym, że spod tego genialnego pióra nic już nie wyjdzie… Aż tu nagle w Empiku – niespodzianka! Zbiór rozmów Amosa Oza i Sziry Chadad, redaktorki hebrajskich wydań jego dwóch ostatnich książek w polskim tłumaczeniu, świeżynka, która przykuła moją uwagę samym tytułem i okładką. Zaś (pozornie niepozorna) treść, no cóż, poruszyła najgłębiej schowane, zardzewiałe struny i sprowokowała do przemyśleń, o jakie bym siebie nie podejrzewała.

Weźmy jabłko: z czego ono powstaje? Z wody, ziemi, słońca, jabłoni, odrobiny nawozu. Ale nie przypomina żadnego z nich. Powstało z nich, ale nie jest do nich podobne. Tak samo z opowieścią (…).

Tak naprawdę lektura była czystą przyjemnością, przepełnioną życiową mądrością pisarza wybrzmiewającą w przyjacielskich rozmowach z przyjaciółką na tematy wszelakie: o pisaniu powieści i procesie tworzenia, rodzinie, różnicach pokoleniowych, o uczuciach i seksie, o przemianach społecznych, wojnach, polityce… Aż do ostatniego rozdziału, kiedy to wystarczyło, by Szira Chadad rzuciła hasło „śmierć”, a ja poczułam się jak zdzielona obuchem w głowę. Sama myśl o śmiertelności zmroziła mi krew w żyłach i natychmiast przywołały to uczucie. Ten obezwładniający wręcz strach i wrażenie wyjścia „poza ciało”, ta paraliżująca niewiedza o tym co potem i co to tak naprawdę znaczy wieczne… życie, nicość, ciemność? Nawet wystukując teraz te słowa na klawiaturze czuję, jak sztywnieją mi palce i puls dziwnie przyspiesza. Na pytania Sziry o to, czy boi się śmierci, Oz odpowiada:(…) nie jestem gotów umrzeć dziś wieczorem albo jutro rano, wesoły i dobrej myśli. Pewnie, że nie. Bo jest mi tu ciekawie. Nawet najokropniejsze, najkoszmarniejsze rzeczy są ciekawe i szkoda je stracić: bardzo jestem ciekaw, co będzie dalej.(…) Gwóźdź do trumny wbiłam (o, ironio!) zapytaniem wujka Google o datę oryginalnej publikacji książki w języku hebrajskim. Sierpień 2018 roku. Nieco później, 28 grudnia, Amosa już z nami nie było.

Carpe Diem, póki żyjem

Jak na złość temat śmierci otacza mnie ostatnio dosłownie wszędzie, a mózg pomnaża natrętne myśli. Muszę się spieszyć, powtarzam sobie, tak mało czasu – i zapierniczam jak ten chomik w kółku, cały czas jednak kombinując, jak by tu wyjść z tej klatki. Klatki choroby, bo gdyby nie ona to mogłabym pokusić się o stwierdzenie, że od dawna nie było tak dobrze. Po raz pierwszy w życiu rozpoznaje uczucie wolności. Pojęcie to jest oczywiście bardzo pojemne i szalenie subiektywne, ale wreszcie poczułam chociaż jej namiastkę, odkąd rzuciłam pracę na etacie. Ktoś powie, no dobrze, ale co z pieniędzmi, przecież każdy wie, że to co nas podnieca, to się nazywa kasa, a pełna kasa daje… wolność. Cóż, nie. Im więcej pieniędzy zarabiałam tym mocniej czułam zacieśniającą się na szyi smycz, która przykuwała mnie do biurka i wpędzała w depresję. Z korpo wyniosłam dużo, to fakt. Na przykład rozstrojone jelita, wiecznie podniesiony kortyzol i presję bycia chociaż „wystarczającą”, jeśli nie „najlepszą”. I wiecie co? Sram na to, naprawdę. Czy ktoś mi wyryje osiągnięte Kejpiaje na nagrobku? Myśli o tym, co „potem” i obezwładniające uczucie pustki, której nie potrafię objąć wyobraźnią zaczęły mnie prześladować już jakiś czas temu i zawsze kończyły się koszmarami sennymi. Skąd ten strach? Moja terapeutka twierdzi, że z braku kontroli. Świadomości, że nie znam dnia ani godziny i w żaden sposób nie jestem w stanie zmienić scenariusza na swoją modłę. I pewnie ma rację. Szkoda, że paradoksalnie, z uporem maniaka, powolutku sama siebie wykańczam…

Zrozumiałam jednak (w wieku prawie 30 lat, chapeau bas Pat), że czas wyhamować: nie z lenistwa, ale z resztek szacunku do samej siebie. Nadal uczę się odpoczywać (say what?), nabierać dystansu do życia, cieszyć chwilą. Chciałabym, jak Amos, móc wyłączyć motorek w tyłku i po prostu usiąść w kawiarni, obserwować przechodzących ludzi, chłonąć ich energię. Całą sobą być w tym miejscu i czasie. On przy tym z niezwykłą lekkością wymyślał historie owych przechodniów, ich codzienne perypetie, dialogi, rytuały, bolączki i radości, po czym przekuwał to wszystko we wspaniałe powieści, na zawsze upamiętniając piękno tych chwil – czy to prawdziwych, czy zrodzonych w umyśle autora. Takich ambicji nie mam, bo – umówmy się – pisarka ze mnie żadna, ale tej cennej umiejętności obserwacji i refleksji nad życiem wszyscy powinnismy się nauczyć. Tym właśnie różni się prawdziwe życie od szarej egzystencji.

Jest taki werset w Księdze Hioba (…): „Nagim wyszedł z łona matki mojej i nagim zejdę do grobu”. To przecież wcale nie jest sentencja o bezcelowym gromadzeniu majątku. W istocie ten werset jest o wiele bardziej szokujący. O nas zapewnia, że po śmierci wrócimy dokładnie tam, skąd wyszliśmy: do łona matki (…). A przecież miejsce, z którego wyszliśmy, nie było złe (…).

Śmierć dalej mnie atakuje, a to kilka dni temu na Polsacie, gdzie Pani Kapłanka w rozmowie z Dr Strange mądrze rzekła: „śmierć nadaje życiu sens, Twoje dni są policzone.”, a to w każdym innym nominowanym do Oscara filmie, które nadrabiałam przed rozdaniem nagród Akademii. Śmierć, w mniej lub bardziej poważnym kontekście pojawia się też w każdej książce po którą sięgam, a cytaty na temat same zostają w pamięci. I wiecie co? Ciesze się, bo uczy mnie to wdzięczności. Zaczęłam dziękować losowi za każdy dzień, za szansę przeżycia kolejnych 24 godzin na nowo, a i coraz częściej trafiają się dni, gdy fizycznie czuje się naprawdę dobrze i psychicznie to jest wtedy bajka! Euforia, chęć do działania i irytujące ADHD. Wtedy sobie przejdę 10 kilometrów słuchając kolejnego audiobooka i z entuzjazmem zasiądę do pracy o 20. Bo teraz mogę!

Cholera, no. Jak spojrzeć na ostatnie lata, to 2020 w porównaniu zaczął się dla mnie naprawdę w porządku. Fajnie byłoby więc jeszcze trochę pożyć, może w końcu z radością zamiast wiecznego samobiczowania, z wielkim tyłkiem i słoikiem Nutelli pod ręką zamiast cholernych zaburzeń odżywiania… Jest tyle wspaniałych miejsc do zwiedzenia, tyle kilometrów do przejścia, rozmów do przeprowadzenia, książek do przeczytania, tyle momentów do uchwycenia. I moje największe marzenie, od tylu lat czekające właśnie na ten rok: Indie. Naprawdę wierzę, że w końcu uda mi się tam dotrzeć, chociażby tylko pod Taj Mahal.

Mam więc dziś tylko jedno życzenie – koronawirusie, spierdalaj na drzewo. Daj żyć.

Dziękuję.

Ps: Właśnie Freddy skoczył mi śpiewać w głośnikach, że another one bites the dust, a teraz „Panic! At the Disco” i ich high hopes for a living… Dzięki, Spotify!